czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 3

      ~Elizabeth~
      Cmentarz Lafayette... Sabat... Krew... Śmierć! DAVINA!
To był koszmar. Przebudziłam się o 5:00 rano. To nie był zwykły sen, raczej wizja. Musiałam jak najszybciej skontaktować się z którymś z Mikaelsonów. Tylko jak... Nie miałam z nimi żadnej kontaktu. Chyba, że... Wyciągnęłam mała świeczkę z szafki. Nie miałam zapałek, ale to nie był problem. Usiadłam się po turecku. Wyszeptałam kilka słów. Oby Elijah spał.
***
        ~Elijah~
       Szła do mnie. Widziałem ją we mgle. W długiej białej sukni. Wyglądała pięknie.
- Elijah... - słyszałem jej delikatny głos jakby była przy mnie.
- Chodź... - stanęła przy, dobrze mi już znanej, staraj studni i wyciągnęła do mnie rękę.
- Elizabeth - obudziłem się.
W pokoju panowała ciemność. Zapaliłem lampkę nocną i przetarłem oczy.
Co się ze mną dzieje...
Zbliżała się szósta rano. Wyciągnęła świeżą koszulę i garnitur. Klaus i Rebekah jeszcze spali.
      Wyszedłem z domu i "wampirzym krokiem" przeniosłem się do tej starej studni. Liczyłem na to, że była to jakaś wiadomość, bo jeśli nie to coś złego się ze mną dzieje.
Pusto. Wszędzie unosił się jeszcze mgła. Było tu pięknie i tajemniczo.
Usłyszałem szelest. Ktoś zmierzał w moim kierunku. Odwróciłem się pomału.
- Jak dobrze, że jesteś... - wyszeptała jakby bała się, że ktoś nas usłyszy.
- Spokojnie.... Co się stało?
- Już wiem dzięki komu Marcel może kontrolować wiedźmy... -  mówiła coraz ciszej.
  Pobledłai oparła się o drzewo.
- Kto...
W ostatniej chwili znalazłem się koło niej. Zemdlała. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w stronę domu.
***
         ~Elizabeth~
        Obudziłam się w nieznanym miejscu. Czułam się jakby film mi się urwał.
- Twoja śpiąca królewna się obudziła - zawołała blondynka siedząca na fotelu niedaleko łóżka na którym leżałam.
Do pokoju wszedł Elijah, a za nim Niklaus.
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałam.
- Jesteś bezpieczna. Witamy w naszych skromnych progach! - oznajmił Niklaus i usiadł się koło mnie.
Elijah cały czas stał naprzeciwko i nic nie mówił.
- Tak tylko na marginesie... Jestem Rebekah - wtrąciła blondynka.
- Miło mi. Jestem...
- Elizabeth Roget... Wiem. Moi bracia już mi i tobie wspominali - przerwała.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - spytałam.
- Z dwie godziny... Tak na oko. No ale przejdźmy do konkretów. Co miałaś przekazać mojemu bratu? Zaczęłaś, że wiesz dzięki komu Marcel może wszystko kontrolować... - mówił Niklaus.
- Ja...ja nie pamiętam... Coś... Ktoś musiał na grzebać w mojej głowie... Przepraszam - wyszeptałam.
Ból głowy ciągle nie odpuszczał i czułam się jakbym miała znowu zemdleć.
- Dasz radę to pokonać i sobie przypomnieć? - spytał Elijah.
Sucho i obojętnie...
- Spokojnie bracie. Nie widzisz, że musi odzyskać siły? Odpoczywaj. Rebekah posiedzi z tobą, a my Elijah musimy porozmawiać. - oznajmił delikatnie, odsuwajac kosmyk włosów z mojego czoła.
Wyszli, a ja zostałam z pierwotną.
- Nie musisz przy mnie siedzieć spokojnie - oznajmiłam.
- Nik by mnie zasztyletował...
Wysłałam jej pytające spojrzenie, na co ona się tylko uśmiechnęła.
- Przyniosła byś mi świeczkę? - spytałam.
Nie uzyskałam odpowiedzi, ale już po chwili siedziała z świeczką koło mnie.
- Co chcesz zrobić?
- Daj mi ręce. Będziesz widzieć wszystko to co ja, tylko że ja mogę to zapomnieć... - wytłumaczyłam.
- Poczekaj wezmę kartkę i będę zapisywać...
Już po chwili obydwie siedziałyśmy po turecku na łóżku. Zapaliłam świeczkę i swoimi dłońmi nakryłam jej dłoń. W drugiej trzymała długopis z kartką pod spodem.
- Zaczynam... - oznajmiłam.
Starałam się wrócić do porannej wizji. Udało się. Nagle coś złamało zaklęcie. Otworzyłyśmy oczy. W pokoju było chłodno.
Spojrzałam na kartkę, zanotowała wszystko.
- Idę z tym do nich - wzięła kartkę i wyszła.
***
     ~Elijah~
- O czym tak ze mną chciałeś porozmawiać? - spytałem mojego brata.
- O dwóch sprawach bracie. O Marcelu i Elizabeth
- Co do Marcela to trzeba się z nim spotkać, a...
- Haha! A co do Elizabeth... To trzeba ja chronić - odparł z uśmiechem na twarzy.     
- Co proponujesz?
- Musimy mieć ją na oku 24 godziny Naszą konwersacje przerwała Rebekah.
- Proszę to wizja Elizabeth - wręczyła nam kawałek papieru. Miała odpocząć i zebrać siły...
- Zuch dziewczyna! Elijah jedź do wiedźm i porozmawiaj z nimi o tym wszystkim... Wiesz, twój urok osobisty bardziej na nie działa niż mój, a ja zostanę z naszą mała wiedźma - rozkazał Klaus i zaczął kierować się w stronę domu.
- A co ja mam zrobić? - spytała podejrzliwie nasza siostra.
- Ty... Ty masz dzisiaj wolne... - odparł nie odwracając się.
     Skierowałem się do auta i ruszyłem do dzielnicy. To nie było łatwe zadanie nawet jak dla mnie, pierwotnego wampira. Negocjacje z wiedźmami są bardzo ciężkie, a już zwłaszcza z tym z Nowego Orleanu.
***
       ~Elizabeth~
      Siedziałam sama w pokoju i cała swoją uwagę skupiłam na świeczce. Bawiłam się płoniemy to zwiększając to zmniejszając go.
- Jak się czujesz?
- Obchodzi Cię to? - nie byłam zmęczona, ale chciałam chodź chwile odpocząć od tego wszystkiego.
- Staram się być miły - podszedł do mnie i usiadł się tam gdzie poprzednio.
- Co z tego co mówiła mi babcia o tobie jest prawdą? - spytałam nie podnosząc wzroku.
- Jestem pół wampirem pół hybrydą... jestem impulsywny, arogancki i jestem potworem, jak każdy wampir. Zabijam dla swojej własnej przyjemności, a na swoich rękach mam krew tysięcy... Winnych czy nie... Co to teraz za różnica? - odpowiedział z taką lekkością, jakby to i tak nie znaczyło.
- Jak możesz... Czy ty masz sumienie? Moralność? - dopiero wtedy na niego spojrzałam.
Siedział opierając się o koniec łóżka i uśmiechając się delikatnie.
- Od tego jest Elijah moja droga
Przewróciłam oczami i powróciłam do bawienia się płomieniem.
Siedzieliśmy w ciszy. Cały czas czułam jego wzrok na sobie. Starałam się to ignorować.
- Czy ja muszę tu siedzieć? - przerwałam tą ciszę.
- Lepiej by było... Chociaż... Zapraszam na spacer - zaproponował wstając.
Odetchnęłam głośno i leniwie wstałam.
      Na dworze był bardzo przyjemnie. Las wyglądał cudownie, z resztą jak zawsze.
- Wytłumacz mi swoją wizję - poprosił.
- Dla wielkiego Niklausa Mikaelsona, niepokonanej pierwotnej hybrydy może być coś niepojęte???
Za to skarcił mnie wzrokiem, a ja uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Na tym cmentarzu odprawiane są sabaty i inne te rzeczy. Pewnie słyszałeś o Rytuale Żniw. Cztery dziewczyny są mordowane, a ich moc należy do sabatu. Marcel uratował Davinę lecz ta była ostatni w tej krwawym rytuale i przejęła moc poprzedniczek...
- Jesteś od niej potężniejsza prawda? - przerwał
- Nie wiem... Może. Wiem, że jestem bardziej doświadczona i umiem panować nad swoją mocą. Mogę dokończyć? - powiedziałam szybko.
- Proszę...
- Widziałam również... Wilczycę. Samicę alfa. Jest brzemienna i co dziwniejsze wyczuwam jej obecność. Nie wiem kto to i gdzie jest, ale ją czuję. Emanuje siłą... Nie umiem tego opisać. Wiem, że gdybym znalazła się w jej pobliżu mogłabym ją rozpoznać - dokończyłam ze spokojem.
- Oby Elijah dogadał się z wiedźmami....
***
       ~Elijah~
      Trochę zajęło przekonanie mi wiedźmy o imieniu Sophie, ale gdy pokazałem jej ową kartkę poszło znacznie gładziej.
Dotarliśmy do cmentarza Lafayette. Było to jedyne miejsce gdzie wiedźmy czuły się bezpiecznie. - I tak mieliśmy Cię wezwać - powiedział Sophie.
- Jaki to powód? - wchodziliśmy do starego, dużego grobowca.
- Ona... - wskazała na młodą dziewczynę, wyłaniającą się z cienia.
- Elijah. Poznaj Hayley. Wilkołaczycę, która... Nosi dziecko twego brata...
  Dziewczynastała spokojnie, nie odrywając się.
- To nie możliwe... My nie możemy mieć dzieci - odpowiedziałem z zamiarem opuszczenia pomieszczenia.
- Pół wampir... Pół WILKOŁAK. Może to dziwne, ale Klaus ma więcej z człowieka niż możemy to sobie wyobrażać - wyjaśniła.
Stałem w lekkim osłupieniu. To było niemożliwe. Mój brat nigdy w to nie uwierzy.
- Witaj - powiedziałem łagodnie do dziewczyny, a ta się lekko uśmiechnęła.
***
      ~Elizabeth~
     Zbliżaliśmy się do mojego domu.
Zrobiło się trochę chłodniej, ale było bardzo przyjemnie na dworze.
- Lepiej już idź... Jeszcze Cię moją babcia wyczuje - powiedziałam zatrzymując się.
- Mogę Cię odprowadzić pod same drzwi - zażartował.
Wydawał się być miły. Był inny niż sobie wyobrażałam, bym inny niż opisywała go babcia.
- Opowiesz mi kiedyś o tamtych czasach?
- Nawet ci pokaże... Jeśli będziesz nam skutecznie pomagać moja mała wiedźmo
- Davina posiada ogromną moc nad którą nie do końca potrafi jeszcze panować. Znałam ją... Błagam nie skrzywdźcie jej - poprosiłam delikatnie.
- Już nie musisz się o nic martwić.. Zawsze możesz na mnie... Nas liczyć - kończąc wypowiedź zbliżył się pomału i ucałował mnie w policzek i... Zniknął.
Stałam tam jeszcze chwilę próbując uświadomić sobie co się właśnie stało. Pomału ruszyłam do domu. On nie jest potworem, nie dla mnie.
     Babcia siedziała w salonie, a wraz z nią mama i Lily. W całym domu panowała głucha cisza. Stanęłam przed nimi. Ich miny były takie... Obojętne.
- Elizabeth... - wyszeptała Lily ze smutkiem.
- Elizabeth Roget. Przykro mi to mówić, ale nie należysz już do naszego sabatu. Proszę Cię... Opuść ten dom - to co powiedziała babcia sprawiło, że prawie straciłam grunt pod nogami.
- Jak to?! ... Za co???! - prawie krzyczałam ze łzami w oczach.
- Za co... Za pakt z diabłem! - odpowiedziała oburzona babcia.
- Ale... On nie jest taki... Błagam! - czułam jak cała moc we mnie wariuje.
- Idź się spokój - powiedziała krótko i poszła do siebie.
Spojrzałam na mamę i siostrę. Nic nie mówiły.
- Nic nie powiecie? - spytałam arogancko.
- Jest przywódczynią naszego sabatu... Nic nie możemy zrobić - odpowiedziała mama.
      Poszłam do siebie. Spakowałam ubrania i niektóre rzeczy oraz moje księgi. Kiedy wychodziłam przechodziłam koło pokoju babci. Drzwi były otwarte. Stała przodem do okna, a do mnie tyłem.
- Przepraszam... Ja... Wyzwolę Dzielnice i Nowy Orlean. Robię to dla tych wiedźm i dla ciebie... -  powiedziałam do niej i wyszłam.
Wsiadłam do auta i ruszyłam.
***
      ~Niklaus~
      Stałem na balkonie w swoim pokoju. Gwiazdy cudownie świeciły w towarzystwie księżyca. Popijałem wino z 1857. Postanowiłem spotkać się następnego dnia z Marcelem. Elijah ciągle nie wracał, a wpadłem na wspaniały pomysł aby wyprawić przyjęcie, na które zostanie zaproszony Marcel. Niech uważa, że ma w nas sprzymierzeńców.
Elizabeth... Za jej zdrowie! Pomyślałem i wziąłem kolejny łyk.
Usłyszałem pukanie. Zaszedłem na dół i moim oczom ukazała się Elizabeth.
- Co cię do nas sprowadza moja droga?
- Babcie wie... Wyrzuciła mnie z domu i z sabatu.. - miała łzy w oczach.
Od razu zaprosiłem ją do domu. Właściwie dobrze, że nie byli mojego rodzeństwa. Przeszliśmy do salonu.
- Jak się czujesz?
- Dziwnie. Teraz moja magia nie jest tak ustatkowana... Nie martw się... Musze znaleźć jakiś przedmiot zaczepienia. Stary amulet czy coś... Moja moc nie będzie taka chaotyczna... - tłumaczyła.
Usiadłem się koło niej.
- Zostaniesz z nami jak długo będziesz chciała. O nic się już nie martw - ucałowałem ją w skroń.
- Dziękuję.... Gdzie reszta tak w ogóle? - spytał rozglądając się po pomieszczeniu.
- Nie wiem... Zrobię wszystko żebyś była bezpieczna
- Babcia myliła się do ciebie w stu procentach - powiedziawszy do przytuliła mnie.
Ja również ją objąłem. Było to... Mile uczucie... Tak obce mi.
- Zaprowadzę cie do niego pokoju - wziąłem ją za rękę i zaprowadziłem na górę.
- Jest śliczny... Pójdę tylko po torbę
- Siedź! Daj tylko kluczyki... - oznajmiłem.
Szybko przeniosłem jej bagaż i nakazałem wziąć prysznic.
Poszedłem do siebie i zacząłem szperać w szufladzie.
      Kiedy wróciła do pokoju czekałem już na nią.
- Proszę
- Co to Niklaus?
- Jest to, dość już stary, medalion. Kupiłem go kiedyś w Paryżu albo Wenecji... Jest na rzemyku, niestety ta część wisiorka nie przetrwała. Mam nadzieję, że to wystarczy... - wręczyłem jej to.
- Jest idealny - odebrała ode mnie prezent i usiadła się po turecku na łóżku.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Pytaj o co tylko zechcesz
Wskazała żeby usiadł się na przeciwko niej.
- Po prostu daj mi ręce... Będzie mi łatwiej wykonać zaklęcie. Możesz poczuć lekkie ukłucie - wytłumaczyła.
Posłusznie podałem jej ręce. Medalion leżał pomiędzy nami. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcie. Po chwili było już po wszystkim. 
- Już? 
- Mhm... - wyszeptała. 
- Idź spać... Jesteś bardzo zmęczona - powiedziałem. Położyłem medalion na jej szafkę nocną, a  ona wskoczyła pod kołdrę. 
- Dobranoc Niklaus... 
- Dobranoc Elizabeth - ucałowałem jej czoło. 
Wychodząc z pokoju spojrzałem jeszcze raz na nią. Wyglądała uroczo.... Była taka czysta i niewinna... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz