~Elizabeth~
Leżałam z otwartymi oczami od kilku minut. W domu panowała cisza. W końcu podniosłam się z łóżka. Wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne ubrania. Zapowiadał się cudowny dzień. Pogoda nie nagana i do tego Niklaus dostanie za swoje. Czego chcieć więcej.
Wyszłam na korytarz i poszłam na dół do kuchni. Spotkałam tak Hayley.
- Co tu robisz? -spytałam zdziwiona.
- Chciałam zapytać o to samo. Jem..chcesz? -zaproponowała mi płatki na co się zgodziłam.
- Dziękuję, że mnie wczoraj przebrałaś.
- Nie ma sprawy... Jak się czujesz? -zapytała.
- Dobrze. Powiedziałaś już im? -nie mogłam wytrzymać z ciekawości.
- Nie.. Klaus był u mnie rano. Powiedział, że jak pisknę chociaż słowo skróci mnie o głowę...
- Co za... -brakowało mi już na niego określenia.
- A w ogóle to jeszcze ich nie ma. Elijah pisał, że zatrzymali się w hotelu, bo idą dzisiaj do kogoś na obiad -powiedziała.
Posiedziałam z nią chwilę. Poszła do ogrodu, a ja do Klausa.
Wbiegłam do pokoju, trzaskając oknami za pomocą mocy.
- Porąbało cię?! -krzyknął oburzony.
- Nie jestem w całości... A tak w ogóle to co ty sobie myślisz?! Haha! Boisz się, że zastraszyłeś Hayley? -krzyczałam na niego.
- Uspokój się kobieto! Po za tym moje kochane rodzeństwo nie może mi nic zrobić! -powiedział energicznie wstając.
Nie cofnęłam się, wręcz przeciwnie. Zbliżyłam się do niego.
- Chcesz mnie zabić? Proszę bardzo!
- Nie chcę cię zabijać! -odpowiedział.
Spojrzałam na niego pytająco. Nie miałam do niego siły. Wybiegłam z jego pokoju, a następnie z domu. Nie chciałam na niego patrzeć. Poszłam do lasu. Potrzebowałam spokoju, a kto jak kto, ale obecność Nikalusa mi tego nie mogła zapewnić.
Długo spacerowała. Nie obchodziło mnie która godzina, ani gdzie jestem. Ważne, że jak najdalej od niego. Nagle zza drzewa wyłoniła się postać nastolatki, z kolorowymi włosami.
- Lily... -wyszeptałam.
- Liz..? -spytała zdziwiona i podbiegła do mnie.
- Co ty tutaj robisz? -spytałam.
- Em..zgubiłam się...
- Zaklęcie lokalizujące?
- Nie praktykuję?
Och...no tak. Uklęknęłam i zaczęłam. Nic. Coś było nie tak.
- No to pięknie...tu nawet nie ma zasięgu! -oznajmiła Lily.
- Dobra chodź. Musimy się jakoś wydostać.
- Jacy oni są? -zaczęła nowy temat.
Nie chciałam rozmawiać o pierwotnych, ale dobrze znałam upór mojej siostrzyczki.
- Rebekah jest bardzo fajna. Tak jakby się zaprzyjaźniłyśmy. Ma mocny charakter, ale potrafi być przyjacielska. Elijah jest dżentelmenem. Zawsze pomoże i w ogóle...ideał -zaśmiałam się lekko.
- No, a ten słynny...
- Niklaus Mikaelson... Palant...delikatnie mówiąc -dokończyłam.
- Aż tak źle?
- Gorzej, ale ty lepiej mów co u was - zmieniłam szybko temat.
- Dobrze. Babcia była wściekła ale Klaus ją przekonał i jest ok, więc nie może być, aż taki zły -powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Po prostu szłam. W końcu doszłyśmy do drogi. Od razu na naszych telefonach pojawił się zasięg.
- Zadzwoń po kogoś...błagam -wyszeptała Lily wtulając się w moje ramię.
Wyciagnęłam telefon. Super...Elijah i Rebekah nie odbierali. Postanowiłam zadzwonić do niego.
- Tak? -usłyszałam po drogiej stronie słuchawki.
Był spokojny. Zdziwiło mnie to.. Jego głos był taki delikatny.
- Elizabeth... -wyrwał mnie z zamyślenia.
- Yy...błagam cię przyjedź..
- Gdzie jesteś?
- No...ten... Przy jakieś drodze w lesie... - mało precyzyjna odpowiedź z mojej strony.
- Widzisz duży...plakat...klubu jazzowego? -spytał.
Po drugiej stronie słyszałam słuchawki jak odpala samochód.
- Tak! -odpowiedziałam.
Był jakieś...no nie wiem...pięć metrów od nas także nie trudno było go nie zauważyć.
- Niedługo będę... -rozłączył się.
Zaczęło się ściemniać. Pełnia. Jeszcze tego nam było trzeba. Podeszłyśmy w wyznaczone miejsce. Oparłam się o słup, a Lily przytuliła się do mnie. Brakowało mi jej. Nagle usłyszałyśmy wycie wilków. Poderwałyśmy się, a Niklausa jak nie było tak nie było. Robiło się coraz ciemnej i zimniej, do tego te przeklęte wilki.
Minęło kolejne pięć minut...nic. Coś poruszyło się w śród drzew. Już po chwili wyłonił się duży, o lśniąco czarnej sierści wilk. Lily pisknęła cicho. Odsunęłam ją za siebie. Bestia zbliżała się do nas pomału. Nagle usłyszałyśmy pisk opon i hamowanie. Z auta wybiegł Niklaus. W tym samym momencie wilk rzucił się na mnie. Poczułam ogromny ból po lewej stronie brzucha. Krzyknęła z bólu. Od razu zaczęła się lać krew. Upadłam. Następna miała być Lily. A jednak...po kilku sekundach wilk leżał już martwy. Poczułam jak ktoś unosi mnie delikatnie do góry. Niklaus... Podał mi swoją krew. Nic, zero reakcji ze strony mojego organizmu. Wziął mnie na ręce i już po chwili byłam w samochodzie. Lily siedziała obok mnie. Jechaliśmy bardzo szybko. Czyżby mu na mnie zależało?
- Zrób coś -warknął na Lily.
- Nie umiem ja...ja nie praktykuje -odpowiedziała uciskając moją ranę.
- Jesteś z rodziny, jednych z najpotężniejszych czarownic i nie praktykujesz magi?! - krzyczał.
-Dosyć.. - wymamrotałam.
Już więcej nikt nic nie mówił.
Kiedy dojechaliśmy do domu od razu podbiegła do nas Rebekah, Elijah i Hayley.
- Kto to? -słyszałam jak za mgła głos pierwotnej.
- Jej siostra...Hayley przydaj się i zaopiekuj się nią... - mówił Klaus.
- Co z Elizbeth? -pytał Elijah.
- Została zaatakowana przez wilka i jej organizm nie przyjmuje mojej krwi.... -tłumaczył.
Czułam, że tracę łączność ze światem.
- Jedziemy do szpitala...niech medycyna się wykaże! -zarządziła.
Leżałam z otwartymi oczami od kilku minut. W domu panowała cisza. W końcu podniosłam się z łóżka. Wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne ubrania. Zapowiadał się cudowny dzień. Pogoda nie nagana i do tego Niklaus dostanie za swoje. Czego chcieć więcej.
Wyszłam na korytarz i poszłam na dół do kuchni. Spotkałam tak Hayley.
- Co tu robisz? -spytałam zdziwiona.
- Chciałam zapytać o to samo. Jem..chcesz? -zaproponowała mi płatki na co się zgodziłam.
- Dziękuję, że mnie wczoraj przebrałaś.
- Nie ma sprawy... Jak się czujesz? -zapytała.
- Dobrze. Powiedziałaś już im? -nie mogłam wytrzymać z ciekawości.
- Nie.. Klaus był u mnie rano. Powiedział, że jak pisknę chociaż słowo skróci mnie o głowę...
- Co za... -brakowało mi już na niego określenia.
- A w ogóle to jeszcze ich nie ma. Elijah pisał, że zatrzymali się w hotelu, bo idą dzisiaj do kogoś na obiad -powiedziała.
Posiedziałam z nią chwilę. Poszła do ogrodu, a ja do Klausa.
Wbiegłam do pokoju, trzaskając oknami za pomocą mocy.
- Porąbało cię?! -krzyknął oburzony.
- Nie jestem w całości... A tak w ogóle to co ty sobie myślisz?! Haha! Boisz się, że zastraszyłeś Hayley? -krzyczałam na niego.
- Uspokój się kobieto! Po za tym moje kochane rodzeństwo nie może mi nic zrobić! -powiedział energicznie wstając.
Nie cofnęłam się, wręcz przeciwnie. Zbliżyłam się do niego.
- Chcesz mnie zabić? Proszę bardzo!
- Nie chcę cię zabijać! -odpowiedział.
Spojrzałam na niego pytająco. Nie miałam do niego siły. Wybiegłam z jego pokoju, a następnie z domu. Nie chciałam na niego patrzeć. Poszłam do lasu. Potrzebowałam spokoju, a kto jak kto, ale obecność Nikalusa mi tego nie mogła zapewnić.
Długo spacerowała. Nie obchodziło mnie która godzina, ani gdzie jestem. Ważne, że jak najdalej od niego. Nagle zza drzewa wyłoniła się postać nastolatki, z kolorowymi włosami.
- Lily... -wyszeptałam.
- Liz..? -spytała zdziwiona i podbiegła do mnie.
- Co ty tutaj robisz? -spytałam.
- Em..zgubiłam się...
- Zaklęcie lokalizujące?
- Nie praktykuję?
Och...no tak. Uklęknęłam i zaczęłam. Nic. Coś było nie tak.
- No to pięknie...tu nawet nie ma zasięgu! -oznajmiła Lily.
- Dobra chodź. Musimy się jakoś wydostać.
- Jacy oni są? -zaczęła nowy temat.
Nie chciałam rozmawiać o pierwotnych, ale dobrze znałam upór mojej siostrzyczki.
- Rebekah jest bardzo fajna. Tak jakby się zaprzyjaźniłyśmy. Ma mocny charakter, ale potrafi być przyjacielska. Elijah jest dżentelmenem. Zawsze pomoże i w ogóle...ideał -zaśmiałam się lekko.
- No, a ten słynny...
- Niklaus Mikaelson... Palant...delikatnie mówiąc -dokończyłam.
- Aż tak źle?
- Gorzej, ale ty lepiej mów co u was - zmieniłam szybko temat.
- Dobrze. Babcia była wściekła ale Klaus ją przekonał i jest ok, więc nie może być, aż taki zły -powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Po prostu szłam. W końcu doszłyśmy do drogi. Od razu na naszych telefonach pojawił się zasięg.
- Zadzwoń po kogoś...błagam -wyszeptała Lily wtulając się w moje ramię.
Wyciagnęłam telefon. Super...Elijah i Rebekah nie odbierali. Postanowiłam zadzwonić do niego.
- Tak? -usłyszałam po drogiej stronie słuchawki.
Był spokojny. Zdziwiło mnie to.. Jego głos był taki delikatny.
- Elizabeth... -wyrwał mnie z zamyślenia.
- Yy...błagam cię przyjedź..
- Gdzie jesteś?
- No...ten... Przy jakieś drodze w lesie... - mało precyzyjna odpowiedź z mojej strony.
- Widzisz duży...plakat...klubu jazzowego? -spytał.
Po drugiej stronie słyszałam słuchawki jak odpala samochód.
- Tak! -odpowiedziałam.
Był jakieś...no nie wiem...pięć metrów od nas także nie trudno było go nie zauważyć.
- Niedługo będę... -rozłączył się.
Zaczęło się ściemniać. Pełnia. Jeszcze tego nam było trzeba. Podeszłyśmy w wyznaczone miejsce. Oparłam się o słup, a Lily przytuliła się do mnie. Brakowało mi jej. Nagle usłyszałyśmy wycie wilków. Poderwałyśmy się, a Niklausa jak nie było tak nie było. Robiło się coraz ciemnej i zimniej, do tego te przeklęte wilki.
Minęło kolejne pięć minut...nic. Coś poruszyło się w śród drzew. Już po chwili wyłonił się duży, o lśniąco czarnej sierści wilk. Lily pisknęła cicho. Odsunęłam ją za siebie. Bestia zbliżała się do nas pomału. Nagle usłyszałyśmy pisk opon i hamowanie. Z auta wybiegł Niklaus. W tym samym momencie wilk rzucił się na mnie. Poczułam ogromny ból po lewej stronie brzucha. Krzyknęła z bólu. Od razu zaczęła się lać krew. Upadłam. Następna miała być Lily. A jednak...po kilku sekundach wilk leżał już martwy. Poczułam jak ktoś unosi mnie delikatnie do góry. Niklaus... Podał mi swoją krew. Nic, zero reakcji ze strony mojego organizmu. Wziął mnie na ręce i już po chwili byłam w samochodzie. Lily siedziała obok mnie. Jechaliśmy bardzo szybko. Czyżby mu na mnie zależało?
- Zrób coś -warknął na Lily.
- Nie umiem ja...ja nie praktykuje -odpowiedziała uciskając moją ranę.
- Jesteś z rodziny, jednych z najpotężniejszych czarownic i nie praktykujesz magi?! - krzyczał.
-Dosyć.. - wymamrotałam.
Już więcej nikt nic nie mówił.
Kiedy dojechaliśmy do domu od razu podbiegła do nas Rebekah, Elijah i Hayley.
- Kto to? -słyszałam jak za mgła głos pierwotnej.
- Jej siostra...Hayley przydaj się i zaopiekuj się nią... - mówił Klaus.
- Co z Elizbeth? -pytał Elijah.
- Została zaatakowana przez wilka i jej organizm nie przyjmuje mojej krwi.... -tłumaczył.
Czułam, że tracę łączność ze światem.
- Jedziemy do szpitala...niech medycyna się wykaże! -zarządziła.
***
~Niklaus~
Elijah prowadził auto. Ja siedziałem obok niego, a Rebekah uciskała jej ranę. Była już nie przytomna.
Dojechaliśmy w końcu do szpitala. Wziąłem ją na ręce i pobiegłem do środka, a moje rodzeństwo za mną. Od razu znaleźliśmy lekarza. Zajęli się nią, a nam kazali czekać.
Minęła godzina, a od lekarza żadnych wieści. Czekaliśmy na korytarzu...wyglądaliśmy tak ludzko...tak pokonani. Elijah opierał się o ścianę, a Rebekah chodziła w kółko po korytarz. Ja siedziałem na krześle. Wpatrywałem się w podłogę. Miałem pustkę w głowie. Nagle drzwi się otwarły. Pielęgniarki pchały łóżko lekarskie, na którym leżała nieprzytomna Elizabeth.
- Co z nią? -moja siostra zapytała lekarza.
- Jest w ciężkim stanie...ta noc może być decydująca, ale bądźmy dobrej myśli -powiedział i odszedł.
Szliśmy zaraz za łóżkiem. W końcu pielęgniarki wjechały na salę. Było tam jedno wolne miejsce. Podłączyły ją do aparatury i również odeszły.
- Jedźcie do domu -powiedziałem.
- Co?...nie! -protestowała moja siostra.
- A co z tobą? -spytał Elijah.
- Ja tu zostanę -oznajmiłem.
Zapanowała cisz. Patrzyli na mnie w osłupieniu. Ja też się sobie dziwiłem, ale to było silniejsze ode mnie. Nie pytali o nic więcej.
- Jeśli coś jej się stanie... -wysyczał mój brat.
- Spokojnie... -zapewniłem.
Kiedy zostałem z nią sam. Usiadłem się na brzegu jej łóżka. Cały czas była nieprzytomna. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem z niej medalion. Położyłem go na małej szafce obok. Odgarnąłem jeden kosmyk włosów z jej twarzy, który zawsze jej opadał.
Usłyszałem ciche kroki osoby wchodzącej na salę. Była to pielęgniarka, która wiozła na wózku pacjentkę. Przynajmniej nie będzie samotna.
- Dobry wieczór -przywitała się.
- Czy ja wiem czy taki dobry...
Popatrzyła na mnie. Nic nie mówiła. Położyła tamtą pacjętkę na łóżko, a ona zaraz zasnęła. Musieli dać jej mocne leki.
- Wszystko będzie dobrze. Żona, dziewczyna?
- Nie... Znajoma... - powiedziałem.
Nie mogłem inaczej jej nazwać. Wiem, że ona nie chciałaby być nazwana przez mnie przyjaciółką.
Pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła. Znowu zapanowała cisza.
- Przepraszam -wyszeptałem i ucałowałem w czoło.
Po cichu wyszedłem z sali. W szpitalu panował spokój. Było już dość późno i dziwiłem się, że o tej porze mogłem u niej być, no ale... Wyszedłem z ogromnego gmachu i poszedłem do swojego auta. Elijah i Rebekah pewnie zamówili taksówkę. Nie wiedziałem gdzie mam jechać i co ze sobą począć. Ja na prawdę się o nią martwiłem.
Elijah prowadził auto. Ja siedziałem obok niego, a Rebekah uciskała jej ranę. Była już nie przytomna.
Dojechaliśmy w końcu do szpitala. Wziąłem ją na ręce i pobiegłem do środka, a moje rodzeństwo za mną. Od razu znaleźliśmy lekarza. Zajęli się nią, a nam kazali czekać.
Minęła godzina, a od lekarza żadnych wieści. Czekaliśmy na korytarzu...wyglądaliśmy tak ludzko...tak pokonani. Elijah opierał się o ścianę, a Rebekah chodziła w kółko po korytarz. Ja siedziałem na krześle. Wpatrywałem się w podłogę. Miałem pustkę w głowie. Nagle drzwi się otwarły. Pielęgniarki pchały łóżko lekarskie, na którym leżała nieprzytomna Elizabeth.
- Co z nią? -moja siostra zapytała lekarza.
- Jest w ciężkim stanie...ta noc może być decydująca, ale bądźmy dobrej myśli -powiedział i odszedł.
Szliśmy zaraz za łóżkiem. W końcu pielęgniarki wjechały na salę. Było tam jedno wolne miejsce. Podłączyły ją do aparatury i również odeszły.
- Jedźcie do domu -powiedziałem.
- Co?...nie! -protestowała moja siostra.
- A co z tobą? -spytał Elijah.
- Ja tu zostanę -oznajmiłem.
Zapanowała cisz. Patrzyli na mnie w osłupieniu. Ja też się sobie dziwiłem, ale to było silniejsze ode mnie. Nie pytali o nic więcej.
- Jeśli coś jej się stanie... -wysyczał mój brat.
- Spokojnie... -zapewniłem.
Kiedy zostałem z nią sam. Usiadłem się na brzegu jej łóżka. Cały czas była nieprzytomna. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem z niej medalion. Położyłem go na małej szafce obok. Odgarnąłem jeden kosmyk włosów z jej twarzy, który zawsze jej opadał.
Usłyszałem ciche kroki osoby wchodzącej na salę. Była to pielęgniarka, która wiozła na wózku pacjentkę. Przynajmniej nie będzie samotna.
- Dobry wieczór -przywitała się.
- Czy ja wiem czy taki dobry...
Popatrzyła na mnie. Nic nie mówiła. Położyła tamtą pacjętkę na łóżko, a ona zaraz zasnęła. Musieli dać jej mocne leki.
- Wszystko będzie dobrze. Żona, dziewczyna?
- Nie... Znajoma... - powiedziałem.
Nie mogłem inaczej jej nazwać. Wiem, że ona nie chciałaby być nazwana przez mnie przyjaciółką.
Pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła. Znowu zapanowała cisza.
- Przepraszam -wyszeptałem i ucałowałem w czoło.
Po cichu wyszedłem z sali. W szpitalu panował spokój. Było już dość późno i dziwiłem się, że o tej porze mogłem u niej być, no ale... Wyszedłem z ogromnego gmachu i poszedłem do swojego auta. Elijah i Rebekah pewnie zamówili taksówkę. Nie wiedziałem gdzie mam jechać i co ze sobą począć. Ja na prawdę się o nią martwiłem.