wtorek, 29 września 2015

Rozdział 11

~Elizabeth~
      Zbliżał się wieczór. Tydzień był nadzwyczaj spokojny.  Wypuścili mnie ze szpitala przed południem, także w piątkę siedzieliśmy w salonie i obmyślaliśmy co planuje Marcel.
- Musisz tam iść? -spytała błagalnie Lily.
- Nie marudź... Dam sobie radę!
- Musisz uważać... Marcelowi najbardziej zależy na tobie -wtrąciła spokojnie Rebekah.
Jak tu ujął Elijah... Działam na jego siostrę jak herbatka uspokajająca.
- Nie martwcie się tak będziecie tam no i Klaus też.
- Teraz to mnie tak pocieszyłaś.... -wycedziła Hayley.
  Uśmiechnęłam się tylko do niej.
-Jestem z rodu Roget. Jeśli Klaus czy Marcel będę próbowali coś zrobić co nie za bardzo przypadnie mi do gustu, obiecuję wam że gorzko tego pożałują... -zapewniłam pewnym głosem i ruszyłam do swojego pokoju.
Trochę mnie zaskoczyło to, że drzwi balkonowe były otwarte na szerok. Nagle spostrzegłam czarna paczkę na moim łóżku. Podeszłam bliżej i delikatnie uchyliłam wieko. Wyciągnęłam zawartość i rozłożyłam na łóżku. Była to piękna, rozłożysta, tiulowa suknia. U góry chabrowa przechodząca w ciemniejsze odcienie, aż w końcu na samym dole czarna jak noc. W skrócie mówiąc była wspaniała. Na dnia pudełka leżała koperta. Odkleiłam ją i wyciągnęłam list.
Beth,
Mam nadzieję, że mój skromny prezent przypadnie ci do gustu.
Byłoby wspaniale gdybyś przyszła w tej sukni na przyjęcie.
Do zobaczenia moja mała wiedźmo.
Niklaus xx
"Skromny prezent"... jasne... Ale postanowiłam, że założę suknię. Co jak co, ale nie można mu zarzucić, że nie ma gustu.
       Zbliżała się 20:00. Czas na przyjęcie. Elijah i Rebekah byli już na miejscu. Było pełno gości. Koło pierwotnych jak zawsze była grupka ludzi. Nawet nie zdawałam sobie trudu, aby się do nich dostać. Nagle spostrzegłam Klausa. Rozmawiał z jakąś kobietą. Blondynka, szczupła, gdzieś w moim wieku. Miała na sobie białą sukienkę. Niczym anioł. Rozmawiali i śmiali się. Bez namysłu ruszyłam w ich stronę.
- Niklaus! -zawołałam z uśmiechem na twarzy.
- Elizabeth! Wiedziałem, że spodoba ci się ta suknia.
- Prezenty od Ciebie są zawsze trafione...
- Cami poznaj Elizbaeth -przedstawił nas sobie.
Była trochę niższa ode mnie.. I szczuplejsza.. Z promienistym uśmiechem na twarzy.
Staliśmy w trójkę. Cami ciągle coś mówiła, a on ciągle stał w nią wpatrzony...
- Eli! Nie poznałem Cię! Wow! Dziewczyno wyglądasz zjawiskowo!
- Dziękuję Marcel. Ty też niczego sobie -Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Widzę, że Panie się już poznały. Cami to taka dobra duszyczka Dzielnicy -zażartował.
- Zauważyłam -wyszeptałam.
- Oo!  To jest moja piosenka. Cami? -zaprosił ją do tańca, a ta się zgodziła.
Ruszyli na parkiet, a ja poszłam w drugą stronę. Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu zatrzymujaca mnie.
- Dokąd to? -spytał Klaus.
- Nie wiem...
- Chodź pokażę Ci dom -wziął mnie za rękę i poszliśmy na piętro.
Był to piękny stary dom. Dużo drewna i obrazów... niesamowity klimat.
- Tu teraz mieszkasz?
- Niech Cię nie zmyli "M" na ścianach. To od Mikaelson -wytłumaczył.
Marcel przejął nawet jego dom. Rozglądałam się po pokoju, a on stał ze wzrokiem utkwionym we mnie.
-Coś nie tak? -Spytałam sucho.
Niklaus zbliżył się i obrócił mnie przodem do sobie.
- Jesteś zazdrosna... -powiedział z uśmiechem i lekką satysfakcją w głosie.
- Co?!! -wybuchnęłam.
- Jesteś o mnie zazdrosna. Oh widziałem twoją minę jak z nią rozmawiałem...
- Niby jak? Patrzyłeś tylko na nią... -bez zastanowienia wypowiedziałam te słowa.
Na jego twarzy pojawił się jeszcze większy uśmiech i zbliżył się jeszcze bardziej.
- Ja jestem o Ciebie zazdrosny. Jak Marcel o tobie mówi, wtedy jestem zawsze zazdrosny...
- Dlaczego?
- Bo jesteś moją małą wiedźma... -Wyszeptał.
Teraz dzieliły nas może trzy centymetry. Staliśmy w ciszy. Na szybko rozmyślałam co się stanie jeżeli powiem, że jestem zazdrosna, a byłam zazdrosna w cholerę!
- Przyznaj to... -wyszeptał przy moim uchu.
-Jestem zazdrosna -odpowiedziałam.
Starałam się nie okazywać przy tym żadnych uczuć.
- Klaus....
Obydwoje obróciliśmy się w stronę drzwi. Cami.... Z jednej strony dobrze, że ktoś nam przerwał, no ale nie musiała to być ona... Wiedziałam, że Klaus zaraz do nie poleci.
- Coś ważnego? -spytała.... obojętnie.
- Marcel Cię szuka.
Była zmieszana,  nie wiedziała jak ma się zachować.
- Jestem zajęty. Proszę zamknij drzwi -wyprosił ją.
Nie przestawał mnie zaskakiwać.
- Na czym to my..? -spytał kiedy byliśmy znowu sami.
Objął mnie w tali i przesunął jeszcze bliżej, tak żeby wypełnić "zbędną" przestrzeń po między nami. Już po chwili poczułam jego usta wpijające się w moje. Zatracałam się w nim. Nawet nie próbowałam mu się oprzeć. Dopiero po jakieś chwili oderwaliśmy się od sobie.
- Wiesz sądziłem, że będziesz się opierać. W końcu jestem tym złym -zaśmiał się.
- Z tego co widać ja też nie jestem aniołem...
- A ta dalej zazdrosna -przewrócił oczami i znowu zaczął mnie całować.
~Niklaus~
     Obudziły mnie promienie słońca. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się 10:00. Już dawno tak długo nie spałem.
Elizabeth leżała wtulona w moją klatkę piersiową. Ciągle spala. Śpioch zaśmiałem się w myślach. Delikatnie muskałem jej nagie ramiona i plecy. Nie chciałem jej obudzić. Wyglądała tak słodko. Mała zazdrośnica.
Po jakimś czasie zaczęła się wiercić. Spojrzała na mnie swoimi dużymi, zaspanymi oczami i dała mi całusa na dzień dobry.
- Jak się spało?
- Dobrze.... Która godzina Niklaus?
- 10:00 -odparłem.
- Muszę wracać... Oni wiedzą?
- Prawdopodobnie...
Wiedziałem co to może dla niej oznaczać.
- Mam przerąbane u twojej siostry, prawda?
Ucałowałem ją tylko w skroń. Poleżeliśmy chwilę. W końcu Beth wstała żeby się ubrać. Kiedy spala napisałem do jednego z podwładnych Marcela żeby kupił jej spodnie.
- A bluzka? -spytała.
- Bluzkę dostaniesz ode mnie..
- Oh jak słodko i romantycznie -zaczęła się śmiać.
Po piętnastu minutach była gotowa do wyjścia.
- Powodzenia. Wiesz z Hayley możecie się wymienić jakimiś spostrzeżeniami czy coś -zażartowałem, jednak starałem się aby Marcel tego nie usłyszał.
Ona w tym momencie spoważniała. Wzięła kartkę z mojego biurka i długopis. Wręczyła mi kartkę, na której był napis
Ty możesz mieć dzieci!
- Ta... nie przyzwyczaiłem się jeszcze do tej myśli -odparłem i zgniotłem kartkę.
  Ciągle stała we mnie wpatrzona.
- Po jednym razie chyba nic się nie stanie...
Spojrzałam na mnie jak na idtiotę. No tak z Hayley się stało po jednym razie. 
- Dobra idę...
- Zadzwonię później -dałem jej ostatniego całusa i poszła.
        Wziąłem prysznic i założyłem świeże ubrania. Poszedłem do pokoju Marcela. W drzwiach minąłem się z jakimiś dwoma panienkami. Byłem w szoku, że były jeszcze żywe.
- Wiedziałem -powiedział zaraz na wstępie.
- Co takiego?
- Że  prędzej czy później ty i Eli -uśmiechnął się.
Nie sądziłem, że była to sprawa aż tak oczywista.
~Elizabeth~
       Od piętnastu minut słuchałam kazań pierwotnej na temat tego jaka to ja głupia i nie odpowiedzialna. Oczywiście musiała do tego się włączyć Hayley. Elijah i Lily po prostu stali i obserwowali całe to zajście. Cieszyłam się, że jeszcze oni nie włączyli się do tej dyskusji.
- No super może jeszcze ty będziesz w ciąży?! Co to jakiś harem sułtana??! - pierwotna nie dawała za wygraną.
- Co on ma teraz zrobić? Rebekah uspokój się-głos zabrał Elijah.
W końcu zapanowała cisza.
- Jedna noc z Klausem, a Wy robicie wilka awanturę -stwierdziła Lily.
- Moja droga dopiero jedna. Myślisz, że na tym przestaną? Klaus jej pragnie.. Igrasz z diabłem Elizabeth -ostatnie słowa skierowała do mnie i wyszła.
W domu zapanowała cisza.

poniedziałek, 28 września 2015

Rozdział 10

~Elizabeth~`
    W końcu mogłam odbyć swój pierwszy spacer. Byłam szczęśliwa jak nigdy. Pielęgniarka pomogła mi się jakoś doczłapać do drzwi. Wyszliśmy do parku przy szpitalu. Tak bardzo brakowało mi powietrza. Jako czarownica potrzebowałam kontaktu z naturą, wtedy czułam, że żyje. Usiadłam się na ławce pod rosłym drzewem.
- Może Pani wracać. Ja tu trochę posiedzę -oznajmiłam pielęgniarce.
Ta tylko przytaknęła i wróciła do szpitala.
Na dworze panowała cisza. Siedziałam z uśmiechem na twarzy. Oparłam się wygodnie i zamknęłam oczy. Czułam tylko delikatny wiaterek, który muskał  moją skórę. - Witaj... -Usłyszałam głos, który pojawił się z nikąd.
- Czego chcesz...?
- Ja niczego, ale Marcel... Marcel chce mieć Cię po swojej stronie.
Otworzyłam oczy. Klaus siedział obok mnie.
Nic nie odpowiedziałam. Szczerze trochę mnie to zaskoczyło. Nie sądziłam, że Marcel kiedykolwiek pomyśli o czymś takim.
- Ile razy mam Cię jeszcze przepraszać? - zmienił temat.
Powiedział to tak łagodnie jak nigdy.
- Nie wiem...
- Jesteś jak Michael! Nic mu nie zrobiłem a...
- Chciałeś mnie zabić... -Przerwałam.
Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
- Niklaus... Jeśli chcesz mi coś powiedzieć to wyrzuć to z siebie. Obojętnie, co to jest. Tak będzie łatwiej...
- Znasz mnie. Jestem gnojkiem... Ale obiecuję, że już nigdy Cię nie skrzywdzę... -powiedział szeptem.
- Okay... Wierzę
- Na prawdę?!
-Mhm... A i przekaz Marcelowi, że NIGDY!
Zaśmiał się głośno i wygodnie oparł o ławkę.
Siedzieliśmy tak z pół godziny. Pogoda zaczęła się zmieniać na mniej przyjemną.
- Będę już wracać -oznajmiłam i pomału się podniosłam.
- Pomału... -chwycił mnie w tali i pomógł stanąć na równych nogach.
Odprowadził mnie do samej sali. Było to miłą odmianą.
-Uważaj na siebie. Jeśli Marcel cię znajdzie...
- Spokojnie umiem o siebie zadbać - uśmiechnęłam się.
- Moja dzielna mała wiedźma...
Wyszeptał i ucałował mnie w skroń. Odprowadziłam go wzrokiem i wróciłam na sale. Ku mojemu zaskoczeniu na łóżku siedziała Lily. Podeszłam do niej bliżej. Nawet mnie nie zauważyła.
- Młoda, co jest? -spytałam siadając koło niej.
- No w końcu jesteś!!!
- Klaus przyszedł..
-To teraz się z nim przyjaźnisz?! - ciągle mnie atakowała.
- Mów ci się stało...
- Mama z babcią wyjechały do Francji. Babci stwierdziła, że tam jej lepiej zarządzać sabatem..
- A ty??
- Mi kazały zostać z tobą... -powiedziała ze spuszczonym głosem.
Nic nie odpowiedziałam. On ciągle chciała żeby Lily zaczęła praktykować magię... Przytuliłam siostrę do siebie.
- Nie martw się. Niedługo wyjdę ze szpitala i się tobą zajmę - pocieszałam ją.
- Gdzie mam się zatrzymać?
-Elijah cię odbierze -powiedziałam i sięgnęłam po telefon.
Oczywiście nie miał nic przeciwko. Cały on.

~Niklaus~
    Marcel siedział lekko niepocieszony tym, że Beth nie chciała się do niego przyłączyć. Nie wiem, na co on liczył..że w podskokach do niego przyleci? Oh Marcel..
- No nic damy radę i bez nie. Jej strata!
Przytaknąłem. On był bardziej rządny władzy niż ja... A to to już jest nowość!
- A! I będziemy mieć za chwilę gościa. Cami przyjdzie...
- Z własnej nieprzymuszonej woli? -zaśmiałem się.
- Powiedzmy. Przyjdzie po kilka książek -wytłumaczył.
Marcel owijał sobie wokół palca, kogo tylko chciał. Nie zależało mu na nikim...
   Długo nie minęło, a w jego...MOIM! domu zawitała Cami. Ubrana w jasną kwiecistą sukienkę wyglądała jeszcze bardziej delikatnie niż zwykle. Jak zawsze na jej twarzy gościł promienisty uśmiech, którym zarażała wszystkich.
- Witajcie - przywitała się.
- Witaj! Pamiętasz Klausa?
- Oczywiście -spojrzała na mnie z jeszcze większym uśmiechem.
Niewdzięcznik poszedł po książki dla niej, a my zostaliśmy sam na sam.
-Powiedz mi Cami..Od jak dawna się przyjaźnisz z Marcelem?
-Już ładny kawałek czasu... A wy?
- Oh wydaje się jakby wieki!
Na te słowa zaśmiała się. Żeby tylko wiedziała, nie było by jej już tak do śmiechu. Przeprowadziliśmy krótką rozmowę, a w drzwiach stanął Marcel z książkami.
- Proszę bardzo, plus mały bunus!
Wręczył jej książki oraz kopertę białą z czarną pieczęcią. Dziewczyna od razu ją otworzyła. Kobieca ciekawość...
- Mam nadzieję, że będziesz?
-Oczywiście Marcel. Do zobaczenia. Będę już lecieć -pożegnała się i wyszła.
Marcel nalał sobie zimnej Whiskey i zasiadł przy stole wyciągając na nim nogi. Ja tylko stałem i wpatrywałem się w niego z pytającym wzrokiem.
- Zapomniałem ci powiedzieć. W tą sobotę, impreza, tutaj. Zaproś Eli! Jeśli nie przyjdzie uznam to za..Zdradę... O i zaproś brata i siostrę - sztucznie się uśmiechnął i wręczył mi kopert.
On przechodził samego siebie. Zdrada...Bo nie przyjdzie na głupie przyjęcie. Wziąłem podarunki i wyszedłem.
Pojechałem od razu do rodzeństwa. Wiedziałem, że to nie będzie miłe spotkanie, jak zawsze, które w najlepszym przypadku skończy się tylko kłótnią, w najgorszym...Niech lepiej pamiętają, kto jest w posiadaniu sztyletów.Podczas jazdy słuchałem jednej z moich ulubionych płyt. Składanka jazzowa. Ta muzyka idealnie oddawała charakter tego miasta. Samochód brata stał jak zawsze na podjeździe.
- Halo?! - zawołałem wchodząc.
- Co ty tu robisz?! -na samym progu nakrzyczała na mnie Rebekah.
-Witaj siostrzyczko. Przejdźmy do salonu.
Hayley siedziała na kanapie. Przez to wszytko nawet zapomniałem, że będę mieć dziecko... Po chwili dołączył do nas, Elijah i ku mojemu zaskoczeniu, Lily.
- Co cię do nas sprowadza?
-Będzie u nas mieszkać. Czego chcesz? -przemówił Elijah.
-Mam dla was zaproszenia od Marcela..Impreza w sobotę - oznajmiłem sucho i rzuciłem koperty na stolik.
- Co w planujecie? -siostra nie dawała za wygraną.
-Elizabeth mi wybaczyła...Skończ tą dziecinadę, bo jak przyjdzie, co, do czego to i tak przylecisz do mnie... -wysyczałem i wyszedłem.
Oni mili mnie za nikogo. Skreślili mnie...Jeszcze tego pożałują. Wyszedłem trzaskając drzwiami.
- Czekaj! -usłyszałem za sobą głos brata.
Zatrzymałem się i odwróciłem w jego stronę. Nie miałem nastroju na kolejne kłótnie.
-Musisz się nią opiekować. Nic nie może jej się stać... -powiedział lekko przyciszonym głosem.
-O to nie musisz się martwić. Najwidoczniej jest dla mnie równie ważna, co dla ciebie...Może i bardziej - rzuciłem i wszedłem do auta.
Stał tam. Stał wryty po moich słowach. Ja też się sobie dziwiłem, że to powiedziałem, ale nie żałowałem tego. Wręcz przeciwnie.
   
     W szpitalu były już pustki. Siedziała na swoim łóżku. Oglądała jakiś magazyn o modzie czy coś w tym stylu. Nie ukrywała zdziwienia na mój widok.
-Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt? Niklaus Mikaelson zawitał do mnie dwa razy w ciągu tego samego dnia...
-Mam zaproszenie od Marcela. Impreza w tą sobotę... -usiadłem się na skraju łóżka.
-Co jeśli nie zaszczycę go swoją obecnością?
-Przyjdź...Powiedział, że uzna to za zdradę...
- Oh! Tak w ogóle to, czemu ciebie zawsze do mnie wysyła?
Zaśmiałem się głośno.
-Marcel uważa, że działa na ciebie mój urok osobisty - odparłem ciągle się śmiejąc.
-Marcel to idiota... Tyle w temacie -również się zaśmiała.
    Posiedziałem przy niej póki nie zasnęła. Kiedy wróciłem Marcel nie było. Nawet lepiej. Poszedł do siebie i otwarłem szkicownik. Zacząłem kończyć jej portret, który niegdyś zacząłem. Wiedziałem, że to wszytko jest dopiero początkiem.