wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdzial 4

     ~Elizabeth~
       Rano obudził mnie promienie słoneczne. Przeciągnęłam się leniwie. Wstałam i poszłam do łazienki, którą miałam w pokoju. Kiedy się już ubrałam zawiesiłam na szyi medalion. Był śliczny. Nie pewnie wyszłam z pokoju. W domu panowała cisza. Zeszłam do salonu i skierowałam się do kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu był już tam ktoś. Jakaś dziewczyna, którą widzę pierwszy raz. Jednak czuje, że już ją kiedyś spotkałam.
- Hayley - wypaliłam.
Dziewczyna odwróciła się do mnie. Była mojego wzrostu. Czułam, że to jest ta dziewczyna od której czułam tyle mocy.
- Tak.... Skąd wiesz? Kolejna pierwotna?
- Nie... Jestem Elizabeth. Jestem wiedźmą. Pomagam im.... Czułam, że się do nas zbliżasz - wytłumaczyłam spokojnie.
- Okay... Em... Płatków?
- Jasne.. tylko mam pytanie - usiadłam się przy blacie obok niej, a ona podała mi miseczkę z płatkami i mlekiem.
- Tak?
- Czy jest dziecko?
- Nie uwierzysz, ale... Klausa - powiedziała.
Nic nie odpowiedziałam. Jakim cudem on może mieć dzieci?! Skończyłyśmy ten temat.
     Z Hayley bardzo dobrze mi się rozmawiało. Była miła i w ogóle. Spędziłam z nią cały poranek.
- O witam - usłyszałyśmy głos.
Elijah stał w drzwiach oparty o futrynę, jak zawsze w garniturze.
- Hej - powiedziałam.
- Jak się czujesz Hayley? - ominął nie i poszedł do niej.
Czy on mnie właśnie zignorował?! Wyszłam z kuchni. Czułam, że Rebekah jeszcze nie wróciła. Poszłam na górę. Drzwi Klausa były uchylone. Zajrzałam do środka. Spał. Wyglądał tak uroczo.
- Coś się stało? - zapytał nagle.
- Nie... Ja... - wyjąkałam.
- Wejdź - powiedział spokojnym głosem.
Posłusznie weszłam do środka. Okay może i był dla mnie miły, ale to wciąż pierwotna hybryda z którą lepiej nie zadzierać.
Wstał z łóżka. Był w samych spodniach dresowych. Na lewym ramieniu miał tatuaż pióra, z którego wylatywały ptaki, te już znajdowały się na lewej części jego klatki piersiowej.
Stałam przed nim i nie widziałam gdzie mam patrzeć. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Wziął koszulkę wisząca na krześle i założył ją.
- Poznałaś Heyley?
- Tak wydaje się być miła. Niklaus... To ją widziałam w tych wizjach - powiedziałam.
On tylko przytaknął.
- Właściwie dobrze, że jesteś bo muszę ci coś powiedzieć. Dzisiaj jadę spotkać się z Marcelem - oznajmił.
- Co?!
- Mam zamiar urządzić bal w takiej jednej starej rezydencji - kontynuował.
- Jak?...co?!
- Moja mała wiedźmo. O nic się nie martw. Zajmę się wszystkim - mówiąc to chwycił mnie za ramiona i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Okay... - wymamrotałam.
- A teraz chodźmy do mojego brata
- Czekaj... Czy do ciebie w ogóle dociera to, że będziesz ojcem? - zapytałam.
Uśmiech z jego twarzy znikł. Nic nie odpowiedziała tylko wyszedł z pokoju, a ja za nim.
Elijah i ta dziewczyna siedzieli teraz w salonie.
- Czas omówić plan - przejął dowództwo Niklaus, chyba jak zawsze.
- Jadę do Marcela, wy tu zostajecie. Mówię mu o balu, a on się zgadza. Drogie panie muszą wybaczyć, ale nie możecie iść z nami bal. Marcel cie znam Elizabeth, nie może wiedzieć, że z nami... Współpracujesz, a o tobie nie mogą widzieć w ogóle - ostanie wyrazy skierował to Heyley.
Poszedł się przebrać i wyszedł z domu. Chwilę później przyjechała Rebekah. Chciała poznać nową i poszła z nią do ogrodu. Ja i Elijah zostaliśmy w domu.
- Ładny.. Medalion... - powiedział.
- Dziękuję. Od Niklausa... - mogłam się powstrzymać.
- Wiem... - odpowiedział siadając naprzeciw mnie.
- Powiesz mi o co chodzi?
- O czym mówisz? - odpowiedział pytaniem.
- Byłeś dla mnie miły i w ogóle.. A teraz?
- Elizabeth... Przykro mi, że zrobiłaś sobie jakąś nadzieje - po tych słowach wyszedł z domu.
Zostałam sama w salonie i do tego mega skołowana.
***
     ~Niklaus~
     Tęskniłem za klimatem Nowego Orleanu. Szedłem pewnie ulicą. Kilka dziewczyn obejrzało się za mną. No cóż byłem już do tego przyzwyczajony. Weszłam do baru, gdzie miał być Marcel. Był. Co nie dość zdziwiło był na scenie i śpiewał. Czego to się można dowiedzieć o człowieku po tylu latach.
- Marcel - powiedziałem kiedy zszedł ze sceny i dołączył do swoich... Przyjaciół.
- Niklaus Mikaelson... Mój mentor! - przytulił mnie na powitanie.
- Co cie tu sprowadza?
- Nudy... Znasz mnie. Lubię podróżować.
Zamówiliśmy whisky i usiedliśmy przy barze. Opowiedziałem mu o balu i zaproponowałem mu żeby był gospodarzem i niech wszystko będzie tak jak on chce, a ja się wszystkim zajmę. Oczywiście zgodził się. Jakże by inaczej.
- Mogę kogoś zaprosić?
- Kogo zechcesz
- Jest taka wiedźma. Elizabeth Roget. Słyszałeś o tym rodzie?
- Tak, a co ona ma do tego? - dlaczego ona...
- Lubię ją. Ma mocny charakter, na pewno ją polubisz.. Oba ciebie niekoniecznie... A po za tym jest bardzo potężna i lepiej jest mieć ją po swojej stronie - wyjaśnił.
- Dobrze.
Po jakichś 15 minutach wyszedłem. Czemu on nic mi nie powiedziała, że jest, jak widać, tak blisko z Marcelem...
Byłem trochę wściekły na nią. Moje rozmyślania przerwał telefon. Elijah...
- Tak bracie? - nie ukrywałem swojej złości.
- Niklaus gdzie jesteś?
- Za raz wsiadam do auta.
- Świetnie...
- Coś jeszcze? Nie musisz mnie niańczyć Elijah, jestem dorosły! - uniosłem się.
W zamian nie dostałem żadnej odpowiedzi. Rozłączyłem się i ruszyłem do domu.
      Można powiedzieć, że wpadłem do domu. Widząc, że w salonie jej nie ma wbiegłem na górę. Była u siebie. Czytała książkę. Podszedłem do niej i juz po chwili stała przyciśnięta przy ścianie.
- Jak śmiesz?! Ja.. Daję ci dach nad głową, opiekę. Traktuję jak członka rodziny... A ty? Tak mi się odpłacasz?!! - moja ręką zaciskowa się bardziej na jej szyi.
- Niklaus... - błagała.
- Jak śmiesz?! - wykrzyczałem po raz kolejny.
- Nik!!!! - usłyszałem krzyk Rebekah.
Od razu znalazła się przy mnie i odepchnęła mnie od niej. Może i dobrze...
- Hej.. Nic ci nie jest? - spytała troskliwie moja siostrzyczka.
Elizabeth na pół leżała pod ścianą. Ciężko oddychała. Stałem kolo nich i porostu się im przyglądałem.
- Co do jasnej cholery się z tobą dzieje?! - krzyczała na mnie.
- Ona..
- Poznałam Marcela parę lat temu. Nic nie z nim nie łączy. Zaczepi mnie czasem jak jestem w Dzielnicy... - powiedziała ciągle nie mogąc złapać w pełni tchu.
Po tych słowach wyszedłem. Może przesadziłem...
***
      Rebekah cały czas przy mnie siedziała. Było to bardzo miłe z jej strony. Szczerze wtedy czułam, że tylko jej z pierwotnych mogłam w pełni zaufać. Po jakichś 20 minutach przyszła do nas Heyley. Becka wytłumaczyła jej wszystko. Była w szoku, że Niklaus posunie się do czegoś takiego.
- Nie martw się... Nik już taki jest - zaczęła łagodnie pierwotna.
Nikt nic więcej nie powiedział. Czy to było dobre usprawiedliwienie. Obiecywał, że nic mi się nie stanie, a po chwili sam by mnie zabił.
       Kazał dziewczyną iść do siebie. Czułam się już lepiej. Szyja jeszcze bolała, ale juz nie tak jak przedtem. Nagle usłyszałam dźwięk przechodzącego sms-a.
Od:Marcel -_-
Bal w piątek o 20:00. Dom przy jeziorze ;)
Do:Marcel -_-
Będę
Nich Niklaus zobaczy, że się go nie boję. Poszłam od razu z tym do pierwotnej. Poparła mnie.
- Tylko muszę sobie załatwić sukienkę... - stwierdziłam.
- O nic się nie martw! Mam pełno sukni balowych z różnych epok. Jutro pójdziemy jakieś wybrać i może uwspółcześnić - powiedziała z wielkim uśmiechem.
     Było mi żal Heyley. Mieć dziecko z takim potworem. Starałam się być dla niej miła i przyjazna. Chciałam żeby miała w kimś wsparcie, a po za tym Rebekah bardzo cieszyła się z tego że będzie ciocią wiec od razu ją zaakceptowała.
Miałam mętlik w głowie co do najstarszego. Elijah... To było tylko zauroczenie. Co ja sobie wyobrażałam. Dobrze, że to szybko minęło. Co do Niklausa... Na nikogo nie byłam jeszcze tak wściekła. Wielki król się znalazł! Po całym tym zajściu wyszedł z domu i gdzieś przepadł. Bardzo dobrze. Nie chciałam na niego patrzeć!

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 3

      ~Elizabeth~
      Cmentarz Lafayette... Sabat... Krew... Śmierć! DAVINA!
To był koszmar. Przebudziłam się o 5:00 rano. To nie był zwykły sen, raczej wizja. Musiałam jak najszybciej skontaktować się z którymś z Mikaelsonów. Tylko jak... Nie miałam z nimi żadnej kontaktu. Chyba, że... Wyciągnęłam mała świeczkę z szafki. Nie miałam zapałek, ale to nie był problem. Usiadłam się po turecku. Wyszeptałam kilka słów. Oby Elijah spał.
***
        ~Elijah~
       Szła do mnie. Widziałem ją we mgle. W długiej białej sukni. Wyglądała pięknie.
- Elijah... - słyszałem jej delikatny głos jakby była przy mnie.
- Chodź... - stanęła przy, dobrze mi już znanej, staraj studni i wyciągnęła do mnie rękę.
- Elizabeth - obudziłem się.
W pokoju panowała ciemność. Zapaliłem lampkę nocną i przetarłem oczy.
Co się ze mną dzieje...
Zbliżała się szósta rano. Wyciągnęła świeżą koszulę i garnitur. Klaus i Rebekah jeszcze spali.
      Wyszedłem z domu i "wampirzym krokiem" przeniosłem się do tej starej studni. Liczyłem na to, że była to jakaś wiadomość, bo jeśli nie to coś złego się ze mną dzieje.
Pusto. Wszędzie unosił się jeszcze mgła. Było tu pięknie i tajemniczo.
Usłyszałem szelest. Ktoś zmierzał w moim kierunku. Odwróciłem się pomału.
- Jak dobrze, że jesteś... - wyszeptała jakby bała się, że ktoś nas usłyszy.
- Spokojnie.... Co się stało?
- Już wiem dzięki komu Marcel może kontrolować wiedźmy... -  mówiła coraz ciszej.
  Pobledłai oparła się o drzewo.
- Kto...
W ostatniej chwili znalazłem się koło niej. Zemdlała. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w stronę domu.
***
         ~Elizabeth~
        Obudziłam się w nieznanym miejscu. Czułam się jakby film mi się urwał.
- Twoja śpiąca królewna się obudziła - zawołała blondynka siedząca na fotelu niedaleko łóżka na którym leżałam.
Do pokoju wszedł Elijah, a za nim Niklaus.
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałam.
- Jesteś bezpieczna. Witamy w naszych skromnych progach! - oznajmił Niklaus i usiadł się koło mnie.
Elijah cały czas stał naprzeciwko i nic nie mówił.
- Tak tylko na marginesie... Jestem Rebekah - wtrąciła blondynka.
- Miło mi. Jestem...
- Elizabeth Roget... Wiem. Moi bracia już mi i tobie wspominali - przerwała.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - spytałam.
- Z dwie godziny... Tak na oko. No ale przejdźmy do konkretów. Co miałaś przekazać mojemu bratu? Zaczęłaś, że wiesz dzięki komu Marcel może wszystko kontrolować... - mówił Niklaus.
- Ja...ja nie pamiętam... Coś... Ktoś musiał na grzebać w mojej głowie... Przepraszam - wyszeptałam.
Ból głowy ciągle nie odpuszczał i czułam się jakbym miała znowu zemdleć.
- Dasz radę to pokonać i sobie przypomnieć? - spytał Elijah.
Sucho i obojętnie...
- Spokojnie bracie. Nie widzisz, że musi odzyskać siły? Odpoczywaj. Rebekah posiedzi z tobą, a my Elijah musimy porozmawiać. - oznajmił delikatnie, odsuwajac kosmyk włosów z mojego czoła.
Wyszli, a ja zostałam z pierwotną.
- Nie musisz przy mnie siedzieć spokojnie - oznajmiłam.
- Nik by mnie zasztyletował...
Wysłałam jej pytające spojrzenie, na co ona się tylko uśmiechnęła.
- Przyniosła byś mi świeczkę? - spytałam.
Nie uzyskałam odpowiedzi, ale już po chwili siedziała z świeczką koło mnie.
- Co chcesz zrobić?
- Daj mi ręce. Będziesz widzieć wszystko to co ja, tylko że ja mogę to zapomnieć... - wytłumaczyłam.
- Poczekaj wezmę kartkę i będę zapisywać...
Już po chwili obydwie siedziałyśmy po turecku na łóżku. Zapaliłam świeczkę i swoimi dłońmi nakryłam jej dłoń. W drugiej trzymała długopis z kartką pod spodem.
- Zaczynam... - oznajmiłam.
Starałam się wrócić do porannej wizji. Udało się. Nagle coś złamało zaklęcie. Otworzyłyśmy oczy. W pokoju było chłodno.
Spojrzałam na kartkę, zanotowała wszystko.
- Idę z tym do nich - wzięła kartkę i wyszła.
***
     ~Elijah~
- O czym tak ze mną chciałeś porozmawiać? - spytałem mojego brata.
- O dwóch sprawach bracie. O Marcelu i Elizabeth
- Co do Marcela to trzeba się z nim spotkać, a...
- Haha! A co do Elizabeth... To trzeba ja chronić - odparł z uśmiechem na twarzy.     
- Co proponujesz?
- Musimy mieć ją na oku 24 godziny Naszą konwersacje przerwała Rebekah.
- Proszę to wizja Elizabeth - wręczyła nam kawałek papieru. Miała odpocząć i zebrać siły...
- Zuch dziewczyna! Elijah jedź do wiedźm i porozmawiaj z nimi o tym wszystkim... Wiesz, twój urok osobisty bardziej na nie działa niż mój, a ja zostanę z naszą mała wiedźma - rozkazał Klaus i zaczął kierować się w stronę domu.
- A co ja mam zrobić? - spytała podejrzliwie nasza siostra.
- Ty... Ty masz dzisiaj wolne... - odparł nie odwracając się.
     Skierowałem się do auta i ruszyłem do dzielnicy. To nie było łatwe zadanie nawet jak dla mnie, pierwotnego wampira. Negocjacje z wiedźmami są bardzo ciężkie, a już zwłaszcza z tym z Nowego Orleanu.
***
       ~Elizabeth~
      Siedziałam sama w pokoju i cała swoją uwagę skupiłam na świeczce. Bawiłam się płoniemy to zwiększając to zmniejszając go.
- Jak się czujesz?
- Obchodzi Cię to? - nie byłam zmęczona, ale chciałam chodź chwile odpocząć od tego wszystkiego.
- Staram się być miły - podszedł do mnie i usiadł się tam gdzie poprzednio.
- Co z tego co mówiła mi babcia o tobie jest prawdą? - spytałam nie podnosząc wzroku.
- Jestem pół wampirem pół hybrydą... jestem impulsywny, arogancki i jestem potworem, jak każdy wampir. Zabijam dla swojej własnej przyjemności, a na swoich rękach mam krew tysięcy... Winnych czy nie... Co to teraz za różnica? - odpowiedział z taką lekkością, jakby to i tak nie znaczyło.
- Jak możesz... Czy ty masz sumienie? Moralność? - dopiero wtedy na niego spojrzałam.
Siedział opierając się o koniec łóżka i uśmiechając się delikatnie.
- Od tego jest Elijah moja droga
Przewróciłam oczami i powróciłam do bawienia się płomieniem.
Siedzieliśmy w ciszy. Cały czas czułam jego wzrok na sobie. Starałam się to ignorować.
- Czy ja muszę tu siedzieć? - przerwałam tą ciszę.
- Lepiej by było... Chociaż... Zapraszam na spacer - zaproponował wstając.
Odetchnęłam głośno i leniwie wstałam.
      Na dworze był bardzo przyjemnie. Las wyglądał cudownie, z resztą jak zawsze.
- Wytłumacz mi swoją wizję - poprosił.
- Dla wielkiego Niklausa Mikaelsona, niepokonanej pierwotnej hybrydy może być coś niepojęte???
Za to skarcił mnie wzrokiem, a ja uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Na tym cmentarzu odprawiane są sabaty i inne te rzeczy. Pewnie słyszałeś o Rytuale Żniw. Cztery dziewczyny są mordowane, a ich moc należy do sabatu. Marcel uratował Davinę lecz ta była ostatni w tej krwawym rytuale i przejęła moc poprzedniczek...
- Jesteś od niej potężniejsza prawda? - przerwał
- Nie wiem... Może. Wiem, że jestem bardziej doświadczona i umiem panować nad swoją mocą. Mogę dokończyć? - powiedziałam szybko.
- Proszę...
- Widziałam również... Wilczycę. Samicę alfa. Jest brzemienna i co dziwniejsze wyczuwam jej obecność. Nie wiem kto to i gdzie jest, ale ją czuję. Emanuje siłą... Nie umiem tego opisać. Wiem, że gdybym znalazła się w jej pobliżu mogłabym ją rozpoznać - dokończyłam ze spokojem.
- Oby Elijah dogadał się z wiedźmami....
***
       ~Elijah~
      Trochę zajęło przekonanie mi wiedźmy o imieniu Sophie, ale gdy pokazałem jej ową kartkę poszło znacznie gładziej.
Dotarliśmy do cmentarza Lafayette. Było to jedyne miejsce gdzie wiedźmy czuły się bezpiecznie. - I tak mieliśmy Cię wezwać - powiedział Sophie.
- Jaki to powód? - wchodziliśmy do starego, dużego grobowca.
- Ona... - wskazała na młodą dziewczynę, wyłaniającą się z cienia.
- Elijah. Poznaj Hayley. Wilkołaczycę, która... Nosi dziecko twego brata...
  Dziewczynastała spokojnie, nie odrywając się.
- To nie możliwe... My nie możemy mieć dzieci - odpowiedziałem z zamiarem opuszczenia pomieszczenia.
- Pół wampir... Pół WILKOŁAK. Może to dziwne, ale Klaus ma więcej z człowieka niż możemy to sobie wyobrażać - wyjaśniła.
Stałem w lekkim osłupieniu. To było niemożliwe. Mój brat nigdy w to nie uwierzy.
- Witaj - powiedziałem łagodnie do dziewczyny, a ta się lekko uśmiechnęła.
***
      ~Elizabeth~
     Zbliżaliśmy się do mojego domu.
Zrobiło się trochę chłodniej, ale było bardzo przyjemnie na dworze.
- Lepiej już idź... Jeszcze Cię moją babcia wyczuje - powiedziałam zatrzymując się.
- Mogę Cię odprowadzić pod same drzwi - zażartował.
Wydawał się być miły. Był inny niż sobie wyobrażałam, bym inny niż opisywała go babcia.
- Opowiesz mi kiedyś o tamtych czasach?
- Nawet ci pokaże... Jeśli będziesz nam skutecznie pomagać moja mała wiedźmo
- Davina posiada ogromną moc nad którą nie do końca potrafi jeszcze panować. Znałam ją... Błagam nie skrzywdźcie jej - poprosiłam delikatnie.
- Już nie musisz się o nic martwić.. Zawsze możesz na mnie... Nas liczyć - kończąc wypowiedź zbliżył się pomału i ucałował mnie w policzek i... Zniknął.
Stałam tam jeszcze chwilę próbując uświadomić sobie co się właśnie stało. Pomału ruszyłam do domu. On nie jest potworem, nie dla mnie.
     Babcia siedziała w salonie, a wraz z nią mama i Lily. W całym domu panowała głucha cisza. Stanęłam przed nimi. Ich miny były takie... Obojętne.
- Elizabeth... - wyszeptała Lily ze smutkiem.
- Elizabeth Roget. Przykro mi to mówić, ale nie należysz już do naszego sabatu. Proszę Cię... Opuść ten dom - to co powiedziała babcia sprawiło, że prawie straciłam grunt pod nogami.
- Jak to?! ... Za co???! - prawie krzyczałam ze łzami w oczach.
- Za co... Za pakt z diabłem! - odpowiedziała oburzona babcia.
- Ale... On nie jest taki... Błagam! - czułam jak cała moc we mnie wariuje.
- Idź się spokój - powiedziała krótko i poszła do siebie.
Spojrzałam na mamę i siostrę. Nic nie mówiły.
- Nic nie powiecie? - spytałam arogancko.
- Jest przywódczynią naszego sabatu... Nic nie możemy zrobić - odpowiedziała mama.
      Poszłam do siebie. Spakowałam ubrania i niektóre rzeczy oraz moje księgi. Kiedy wychodziłam przechodziłam koło pokoju babci. Drzwi były otwarte. Stała przodem do okna, a do mnie tyłem.
- Przepraszam... Ja... Wyzwolę Dzielnice i Nowy Orlean. Robię to dla tych wiedźm i dla ciebie... -  powiedziałam do niej i wyszłam.
Wsiadłam do auta i ruszyłam.
***
      ~Niklaus~
      Stałem na balkonie w swoim pokoju. Gwiazdy cudownie świeciły w towarzystwie księżyca. Popijałem wino z 1857. Postanowiłem spotkać się następnego dnia z Marcelem. Elijah ciągle nie wracał, a wpadłem na wspaniały pomysł aby wyprawić przyjęcie, na które zostanie zaproszony Marcel. Niech uważa, że ma w nas sprzymierzeńców.
Elizabeth... Za jej zdrowie! Pomyślałem i wziąłem kolejny łyk.
Usłyszałem pukanie. Zaszedłem na dół i moim oczom ukazała się Elizabeth.
- Co cię do nas sprowadza moja droga?
- Babcie wie... Wyrzuciła mnie z domu i z sabatu.. - miała łzy w oczach.
Od razu zaprosiłem ją do domu. Właściwie dobrze, że nie byli mojego rodzeństwa. Przeszliśmy do salonu.
- Jak się czujesz?
- Dziwnie. Teraz moja magia nie jest tak ustatkowana... Nie martw się... Musze znaleźć jakiś przedmiot zaczepienia. Stary amulet czy coś... Moja moc nie będzie taka chaotyczna... - tłumaczyła.
Usiadłem się koło niej.
- Zostaniesz z nami jak długo będziesz chciała. O nic się już nie martw - ucałowałem ją w skroń.
- Dziękuję.... Gdzie reszta tak w ogóle? - spytał rozglądając się po pomieszczeniu.
- Nie wiem... Zrobię wszystko żebyś była bezpieczna
- Babcia myliła się do ciebie w stu procentach - powiedziawszy do przytuliła mnie.
Ja również ją objąłem. Było to... Mile uczucie... Tak obce mi.
- Zaprowadzę cie do niego pokoju - wziąłem ją za rękę i zaprowadziłem na górę.
- Jest śliczny... Pójdę tylko po torbę
- Siedź! Daj tylko kluczyki... - oznajmiłem.
Szybko przeniosłem jej bagaż i nakazałem wziąć prysznic.
Poszedłem do siebie i zacząłem szperać w szufladzie.
      Kiedy wróciła do pokoju czekałem już na nią.
- Proszę
- Co to Niklaus?
- Jest to, dość już stary, medalion. Kupiłem go kiedyś w Paryżu albo Wenecji... Jest na rzemyku, niestety ta część wisiorka nie przetrwała. Mam nadzieję, że to wystarczy... - wręczyłem jej to.
- Jest idealny - odebrała ode mnie prezent i usiadła się po turecku na łóżku.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Pytaj o co tylko zechcesz
Wskazała żeby usiadł się na przeciwko niej.
- Po prostu daj mi ręce... Będzie mi łatwiej wykonać zaklęcie. Możesz poczuć lekkie ukłucie - wytłumaczyła.
Posłusznie podałem jej ręce. Medalion leżał pomiędzy nami. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcie. Po chwili było już po wszystkim. 
- Już? 
- Mhm... - wyszeptała. 
- Idź spać... Jesteś bardzo zmęczona - powiedziałem. Położyłem medalion na jej szafkę nocną, a  ona wskoczyła pod kołdrę. 
- Dobranoc Niklaus... 
- Dobranoc Elizabeth - ucałowałem jej czoło. 
Wychodząc z pokoju spojrzałem jeszcze raz na nią. Wyglądała uroczo.... Była taka czysta i niewinna... 

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 2

     ~Elijah~
     Nie mogłem spać. Długo stałem i wpatrywałem się w okno. Kiedy zamykałem oczy myślałem tylko o niej, choć dobrze wiedziałem, że nie powinien, że nie mogę sobie na to pozwolić.
- Czyli dzisiaj poznam tą, która tak miesza w twojej głowie. -  Nawet nie usłyszałem jak mój brat wszedł do mojego pokoju.
- Nie mam pojęcie o czym mówisz.
- O tajemniczej dziewczynie o  imieniu Elizabeth.
Nie odwróciłem się. Nie chciałem z nim o tym dyskutować.
***
      ~Elizabeth~
      Ubrałam czarne spodnie z wysokim stanem, a do tego koszulę w kratę w odcieniach zieleni. Trochę się denerwowałam przed dzisiejszym spotkaniem. Całe szczęście mama, Lily i babcia nic nie wiedzą. Babcia byłaby wściekła. Tylko ja kontynuowałam praktykowanie czarów. Mama porzuciła magię kiedy mój ojciec zostawił nas. Znalazł sobie młodszą czarownice i wyjechał. Lily nie chciała takiego życie. Chciałeś być normalną nastolatką, przez co nieustannie się buntowała. 
     Zbliżała się 13:00. Postanowiłam już wyjść. Miałam jeszcze sporo czasu, ale chciałam jeszcze ze spokojem nad tym pomyśleć. Oznajmiła, że idę na długi spacer. Nikogo to nie zdziwiło. Kochałam spacerować po naszych lasach. Mogłam wtedy odetchnąć, zapomnieć o całym złu.
Stawiałam wolne i delikatne kroki po leśnej ściółce. Las tak piknie pachniał. Moim oczom ukazała się fontanna. Spojrzałam na zegarek w telefonie, 14:50. Kiedy podniosłam wzrok zobaczyłam dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Elijah.
***
      ~Elijah~
    Mój wzrok spoczywał cały czas na niej. Jednak ona nie zwracała na mnie uwagi.
- Elizabeth... Jestem Niklaus Mikaelson. -  Przywitała się z nią i uratował jej rękę.
- Miło mi. - Cały czas się do siebie uśmiechali.
- Przejdźmy do podpisania paktu. - Przerwałem im.
To było dziwne uczucie. Nie czułem czegoś takiego od bardzo dawna.
Klaus wyciągnął zrolowany papier. Rozwinął go i dał Elizabeth do przeczytania.
- Okay... Dajcie długopis. - Powiedziałam.
Klaus uśmiechnął się do niej i wychodzi wyciągnął nóż, miseczkę i pióro. Na jej twarzy pojawił się lekki niesmak. Wzięła nóż i przecięła swoją dłoń. Wyraźnie czułem zapach krwi spływającej do miseczki. W przeciwieństwie do Klausa nie okazywałem tego. On bez najmniejszego skrępowania ukazał swe wampirze oczy i kły. Nie ukrywał tego, że z chęcią by się nią teraz pożywił.
Po zakończeniu Elizabeth wyszeptał jakieś zaklęcie i rana zniknęła.
My również powtórzyliśmy rytuał i nasza krew się zmieszała. Zamówiliśmy w miseczce pióro i złożyliśmy swój podpis pod traktatem.
- Elizabeth zapraszam Cię w imieniu moim i mego brat w nasze skromne progi na świętowanie rozejmu. -  Zaproponował radośnie Niklaus.
- Wybacz ale muszę już wracać. -  Odpowiedziała.
Miała piękny, delikatny głos. Tak czuły i ciepły.
- Do zobaczenia. Niklaus... Elijah... -  Dodała.
Po raz ostatni na nią spojrzałem. Ona... Nie zwracała uwagi. Była obojętna.
***
      ~Elizabeth~
      Wracając szłam bardzo wolno. Myślałam o braciach Mikaelson. Niklaus. Bardzo pewny siebie, ale starał się być miły. No i ten jego akcent... Można się rozpłynąć i jego uśmiech...mm. Trochę bezczelny i arogancki, ale z drugiej strony bardzo zaraźliwy. Elijah mógłby brać z niego przykład. Elijah i Niklaus różnią się od siebie ogromnie. No cóż w końcu to pierwotni.
   Bałam się, że babcia się o tym wszystkim dowie, o tym że zadaję się z Diabłem i jego bratem.
Kiedy weszłam do domu czułam, że krew w moich żyłach pulsuje dwa razy mocniej.
- Elizabeth! - Usłyszałam nawoływania babci.
Serce stanęło mi w gardle. Pomału weszłam do kuchni.
- Masz tu listę zakupów. Jedź do Dzielnicy i kup wszystko. Tylko uważaj na siebie! -  Nakazała i wróciła to swoich poprzednich zadań.
Szybkim krokiem opuściłem dom i wsiadłam do auta.
     Po niecałych 45 minutach byłam na miejscu. Najpierw udałam się do zielarskiego, a potem na te bardziej "ludzkie" zakupy. Po około 2 godzinkach wracałam do auta.
- Elizabeth Roget! -  Usłyszałam za swoimi plecami dobrze znany mi głos.
- Marcel... - Odwróciłam się do niego.
Pomału podszedł do mnie z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Co cię sprowadza w moje skromne progi?
- Zakupy. Przepraszam twoje? Błagam Cię! Gdyby nie ta wiedźma, którą chowasz nigdy by ci się to nie udało. -  Chciałam jak najszybciej zakończyć tą konwersację.
- Haha! Tak moja droga, ale przypominam Ci. Ja jestem królem, ja tutaj rządzę, wszystko dzieje się tutaj według moich zasad i na moich warunkach!
Przewróciła tylko oczami. Jak on mi działa na nerwy. Samozwańczy król! Biedna jest ta, która stała się jego marionetką...
- Tak, tak... Jak sobie chcesz. Czaje szczęście ja nie należę do twoich podwładnych, a nawet się wspomagam. Widzisz? Robię u ciebie zakupy!
- Uważaj na siebie i swoją rodzinę... - zbliżył się i powiedział znacznie poważniej.
- Od kiedy się o nie troszczysz Marcel? Przecież jestem dla ciebie nikim. -  odparłam nie wzruszona.
- Mamy... Nie proszonych gości. Nic poważnego.
- Skoro tak, to czemu się tak martwisz? - widziałam, że chodziło mu o pierwotnych.
- Miłego dnia Liz...
Nienawidzę tego zdrobnienia... W niezbyt miłym nastroju wróciłam do auta i pojechałam do domu.
       Usłyszałam huk, a moje auto zwolniło i zatrzymało się. Pięknie... Złapałam gumę. Wkurzona wyszłam i trzasnęłam drzwiami. Od razu ruszyła w stronę bagażnika. Brak zapasowego koła...! Oczywiście zasięgu też nie było.
Usiadłam się na maskę samochodu i po prostu czekałam... Czekałam na cud. No i się stał. Zobaczyłam auto jadące w moja stronę. Od razu się zatrzymało, a z samochodu wyszedł... Klaus.
- Witaj Elizabeth.
- Klaus... Cieszę się, że Cię widzę...
- Mogę ci w czymś pomóc? - spytał z tym swoim cudownym akcentem.
- Błagam powiedz, że masz koło zapasowe.
Nic nie odpowiedział. Zawrócił do swojego auta i wrócił w kołem.
     
- No i proszę po problemie - odparł po skończonej pracy.
- Naprawdę ci dziękuję. Z nieba mi spadłeś!
- Twoja babcia by chyba stwierdziła, że skądś indziej.
- Ona.. Ja po prostu chcę sprawiedliwości w Nowym Orleanie i Dzielnicy Francuskiej - rozmawiając z nim zupełnie traciłam poczucie czasu.
- Obiecuje, że tak się stanie. Musisz nam tylko zaufać - mówiąc to uśmiechnął się przyjaźnie.
       Rozmawialiśmy jeszcze tak z pół godziny, aż przerwał nam telefon od Lily, że mam się pospieszyć.