wtorek, 29 września 2015

Rozdział 11

~Elizabeth~
      Zbliżał się wieczór. Tydzień był nadzwyczaj spokojny.  Wypuścili mnie ze szpitala przed południem, także w piątkę siedzieliśmy w salonie i obmyślaliśmy co planuje Marcel.
- Musisz tam iść? -spytała błagalnie Lily.
- Nie marudź... Dam sobie radę!
- Musisz uważać... Marcelowi najbardziej zależy na tobie -wtrąciła spokojnie Rebekah.
Jak tu ujął Elijah... Działam na jego siostrę jak herbatka uspokajająca.
- Nie martwcie się tak będziecie tam no i Klaus też.
- Teraz to mnie tak pocieszyłaś.... -wycedziła Hayley.
  Uśmiechnęłam się tylko do niej.
-Jestem z rodu Roget. Jeśli Klaus czy Marcel będę próbowali coś zrobić co nie za bardzo przypadnie mi do gustu, obiecuję wam że gorzko tego pożałują... -zapewniłam pewnym głosem i ruszyłam do swojego pokoju.
Trochę mnie zaskoczyło to, że drzwi balkonowe były otwarte na szerok. Nagle spostrzegłam czarna paczkę na moim łóżku. Podeszłam bliżej i delikatnie uchyliłam wieko. Wyciągnęłam zawartość i rozłożyłam na łóżku. Była to piękna, rozłożysta, tiulowa suknia. U góry chabrowa przechodząca w ciemniejsze odcienie, aż w końcu na samym dole czarna jak noc. W skrócie mówiąc była wspaniała. Na dnia pudełka leżała koperta. Odkleiłam ją i wyciągnęłam list.
Beth,
Mam nadzieję, że mój skromny prezent przypadnie ci do gustu.
Byłoby wspaniale gdybyś przyszła w tej sukni na przyjęcie.
Do zobaczenia moja mała wiedźmo.
Niklaus xx
"Skromny prezent"... jasne... Ale postanowiłam, że założę suknię. Co jak co, ale nie można mu zarzucić, że nie ma gustu.
       Zbliżała się 20:00. Czas na przyjęcie. Elijah i Rebekah byli już na miejscu. Było pełno gości. Koło pierwotnych jak zawsze była grupka ludzi. Nawet nie zdawałam sobie trudu, aby się do nich dostać. Nagle spostrzegłam Klausa. Rozmawiał z jakąś kobietą. Blondynka, szczupła, gdzieś w moim wieku. Miała na sobie białą sukienkę. Niczym anioł. Rozmawiali i śmiali się. Bez namysłu ruszyłam w ich stronę.
- Niklaus! -zawołałam z uśmiechem na twarzy.
- Elizabeth! Wiedziałem, że spodoba ci się ta suknia.
- Prezenty od Ciebie są zawsze trafione...
- Cami poznaj Elizbaeth -przedstawił nas sobie.
Była trochę niższa ode mnie.. I szczuplejsza.. Z promienistym uśmiechem na twarzy.
Staliśmy w trójkę. Cami ciągle coś mówiła, a on ciągle stał w nią wpatrzony...
- Eli! Nie poznałem Cię! Wow! Dziewczyno wyglądasz zjawiskowo!
- Dziękuję Marcel. Ty też niczego sobie -Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Widzę, że Panie się już poznały. Cami to taka dobra duszyczka Dzielnicy -zażartował.
- Zauważyłam -wyszeptałam.
- Oo!  To jest moja piosenka. Cami? -zaprosił ją do tańca, a ta się zgodziła.
Ruszyli na parkiet, a ja poszłam w drugą stronę. Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu zatrzymujaca mnie.
- Dokąd to? -spytał Klaus.
- Nie wiem...
- Chodź pokażę Ci dom -wziął mnie za rękę i poszliśmy na piętro.
Był to piękny stary dom. Dużo drewna i obrazów... niesamowity klimat.
- Tu teraz mieszkasz?
- Niech Cię nie zmyli "M" na ścianach. To od Mikaelson -wytłumaczył.
Marcel przejął nawet jego dom. Rozglądałam się po pokoju, a on stał ze wzrokiem utkwionym we mnie.
-Coś nie tak? -Spytałam sucho.
Niklaus zbliżył się i obrócił mnie przodem do sobie.
- Jesteś zazdrosna... -powiedział z uśmiechem i lekką satysfakcją w głosie.
- Co?!! -wybuchnęłam.
- Jesteś o mnie zazdrosna. Oh widziałem twoją minę jak z nią rozmawiałem...
- Niby jak? Patrzyłeś tylko na nią... -bez zastanowienia wypowiedziałam te słowa.
Na jego twarzy pojawił się jeszcze większy uśmiech i zbliżył się jeszcze bardziej.
- Ja jestem o Ciebie zazdrosny. Jak Marcel o tobie mówi, wtedy jestem zawsze zazdrosny...
- Dlaczego?
- Bo jesteś moją małą wiedźma... -Wyszeptał.
Teraz dzieliły nas może trzy centymetry. Staliśmy w ciszy. Na szybko rozmyślałam co się stanie jeżeli powiem, że jestem zazdrosna, a byłam zazdrosna w cholerę!
- Przyznaj to... -wyszeptał przy moim uchu.
-Jestem zazdrosna -odpowiedziałam.
Starałam się nie okazywać przy tym żadnych uczuć.
- Klaus....
Obydwoje obróciliśmy się w stronę drzwi. Cami.... Z jednej strony dobrze, że ktoś nam przerwał, no ale nie musiała to być ona... Wiedziałam, że Klaus zaraz do nie poleci.
- Coś ważnego? -spytała.... obojętnie.
- Marcel Cię szuka.
Była zmieszana,  nie wiedziała jak ma się zachować.
- Jestem zajęty. Proszę zamknij drzwi -wyprosił ją.
Nie przestawał mnie zaskakiwać.
- Na czym to my..? -spytał kiedy byliśmy znowu sami.
Objął mnie w tali i przesunął jeszcze bliżej, tak żeby wypełnić "zbędną" przestrzeń po między nami. Już po chwili poczułam jego usta wpijające się w moje. Zatracałam się w nim. Nawet nie próbowałam mu się oprzeć. Dopiero po jakieś chwili oderwaliśmy się od sobie.
- Wiesz sądziłem, że będziesz się opierać. W końcu jestem tym złym -zaśmiał się.
- Z tego co widać ja też nie jestem aniołem...
- A ta dalej zazdrosna -przewrócił oczami i znowu zaczął mnie całować.
~Niklaus~
     Obudziły mnie promienie słońca. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się 10:00. Już dawno tak długo nie spałem.
Elizabeth leżała wtulona w moją klatkę piersiową. Ciągle spala. Śpioch zaśmiałem się w myślach. Delikatnie muskałem jej nagie ramiona i plecy. Nie chciałem jej obudzić. Wyglądała tak słodko. Mała zazdrośnica.
Po jakimś czasie zaczęła się wiercić. Spojrzała na mnie swoimi dużymi, zaspanymi oczami i dała mi całusa na dzień dobry.
- Jak się spało?
- Dobrze.... Która godzina Niklaus?
- 10:00 -odparłem.
- Muszę wracać... Oni wiedzą?
- Prawdopodobnie...
Wiedziałem co to może dla niej oznaczać.
- Mam przerąbane u twojej siostry, prawda?
Ucałowałem ją tylko w skroń. Poleżeliśmy chwilę. W końcu Beth wstała żeby się ubrać. Kiedy spala napisałem do jednego z podwładnych Marcela żeby kupił jej spodnie.
- A bluzka? -spytała.
- Bluzkę dostaniesz ode mnie..
- Oh jak słodko i romantycznie -zaczęła się śmiać.
Po piętnastu minutach była gotowa do wyjścia.
- Powodzenia. Wiesz z Hayley możecie się wymienić jakimiś spostrzeżeniami czy coś -zażartowałem, jednak starałem się aby Marcel tego nie usłyszał.
Ona w tym momencie spoważniała. Wzięła kartkę z mojego biurka i długopis. Wręczyła mi kartkę, na której był napis
Ty możesz mieć dzieci!
- Ta... nie przyzwyczaiłem się jeszcze do tej myśli -odparłem i zgniotłem kartkę.
  Ciągle stała we mnie wpatrzona.
- Po jednym razie chyba nic się nie stanie...
Spojrzałam na mnie jak na idtiotę. No tak z Hayley się stało po jednym razie. 
- Dobra idę...
- Zadzwonię później -dałem jej ostatniego całusa i poszła.
        Wziąłem prysznic i założyłem świeże ubrania. Poszedłem do pokoju Marcela. W drzwiach minąłem się z jakimiś dwoma panienkami. Byłem w szoku, że były jeszcze żywe.
- Wiedziałem -powiedział zaraz na wstępie.
- Co takiego?
- Że  prędzej czy później ty i Eli -uśmiechnął się.
Nie sądziłem, że była to sprawa aż tak oczywista.
~Elizabeth~
       Od piętnastu minut słuchałam kazań pierwotnej na temat tego jaka to ja głupia i nie odpowiedzialna. Oczywiście musiała do tego się włączyć Hayley. Elijah i Lily po prostu stali i obserwowali całe to zajście. Cieszyłam się, że jeszcze oni nie włączyli się do tej dyskusji.
- No super może jeszcze ty będziesz w ciąży?! Co to jakiś harem sułtana??! - pierwotna nie dawała za wygraną.
- Co on ma teraz zrobić? Rebekah uspokój się-głos zabrał Elijah.
W końcu zapanowała cisza.
- Jedna noc z Klausem, a Wy robicie wilka awanturę -stwierdziła Lily.
- Moja droga dopiero jedna. Myślisz, że na tym przestaną? Klaus jej pragnie.. Igrasz z diabłem Elizabeth -ostatnie słowa skierowała do mnie i wyszła.
W domu zapanowała cisza.

poniedziałek, 28 września 2015

Rozdział 10

~Elizabeth~`
    W końcu mogłam odbyć swój pierwszy spacer. Byłam szczęśliwa jak nigdy. Pielęgniarka pomogła mi się jakoś doczłapać do drzwi. Wyszliśmy do parku przy szpitalu. Tak bardzo brakowało mi powietrza. Jako czarownica potrzebowałam kontaktu z naturą, wtedy czułam, że żyje. Usiadłam się na ławce pod rosłym drzewem.
- Może Pani wracać. Ja tu trochę posiedzę -oznajmiłam pielęgniarce.
Ta tylko przytaknęła i wróciła do szpitala.
Na dworze panowała cisza. Siedziałam z uśmiechem na twarzy. Oparłam się wygodnie i zamknęłam oczy. Czułam tylko delikatny wiaterek, który muskał  moją skórę. - Witaj... -Usłyszałam głos, który pojawił się z nikąd.
- Czego chcesz...?
- Ja niczego, ale Marcel... Marcel chce mieć Cię po swojej stronie.
Otworzyłam oczy. Klaus siedział obok mnie.
Nic nie odpowiedziałam. Szczerze trochę mnie to zaskoczyło. Nie sądziłam, że Marcel kiedykolwiek pomyśli o czymś takim.
- Ile razy mam Cię jeszcze przepraszać? - zmienił temat.
Powiedział to tak łagodnie jak nigdy.
- Nie wiem...
- Jesteś jak Michael! Nic mu nie zrobiłem a...
- Chciałeś mnie zabić... -Przerwałam.
Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
- Niklaus... Jeśli chcesz mi coś powiedzieć to wyrzuć to z siebie. Obojętnie, co to jest. Tak będzie łatwiej...
- Znasz mnie. Jestem gnojkiem... Ale obiecuję, że już nigdy Cię nie skrzywdzę... -powiedział szeptem.
- Okay... Wierzę
- Na prawdę?!
-Mhm... A i przekaz Marcelowi, że NIGDY!
Zaśmiał się głośno i wygodnie oparł o ławkę.
Siedzieliśmy tak z pół godziny. Pogoda zaczęła się zmieniać na mniej przyjemną.
- Będę już wracać -oznajmiłam i pomału się podniosłam.
- Pomału... -chwycił mnie w tali i pomógł stanąć na równych nogach.
Odprowadził mnie do samej sali. Było to miłą odmianą.
-Uważaj na siebie. Jeśli Marcel cię znajdzie...
- Spokojnie umiem o siebie zadbać - uśmiechnęłam się.
- Moja dzielna mała wiedźma...
Wyszeptał i ucałował mnie w skroń. Odprowadziłam go wzrokiem i wróciłam na sale. Ku mojemu zaskoczeniu na łóżku siedziała Lily. Podeszłam do niej bliżej. Nawet mnie nie zauważyła.
- Młoda, co jest? -spytałam siadając koło niej.
- No w końcu jesteś!!!
- Klaus przyszedł..
-To teraz się z nim przyjaźnisz?! - ciągle mnie atakowała.
- Mów ci się stało...
- Mama z babcią wyjechały do Francji. Babci stwierdziła, że tam jej lepiej zarządzać sabatem..
- A ty??
- Mi kazały zostać z tobą... -powiedziała ze spuszczonym głosem.
Nic nie odpowiedziałam. On ciągle chciała żeby Lily zaczęła praktykować magię... Przytuliłam siostrę do siebie.
- Nie martw się. Niedługo wyjdę ze szpitala i się tobą zajmę - pocieszałam ją.
- Gdzie mam się zatrzymać?
-Elijah cię odbierze -powiedziałam i sięgnęłam po telefon.
Oczywiście nie miał nic przeciwko. Cały on.

~Niklaus~
    Marcel siedział lekko niepocieszony tym, że Beth nie chciała się do niego przyłączyć. Nie wiem, na co on liczył..że w podskokach do niego przyleci? Oh Marcel..
- No nic damy radę i bez nie. Jej strata!
Przytaknąłem. On był bardziej rządny władzy niż ja... A to to już jest nowość!
- A! I będziemy mieć za chwilę gościa. Cami przyjdzie...
- Z własnej nieprzymuszonej woli? -zaśmiałem się.
- Powiedzmy. Przyjdzie po kilka książek -wytłumaczył.
Marcel owijał sobie wokół palca, kogo tylko chciał. Nie zależało mu na nikim...
   Długo nie minęło, a w jego...MOIM! domu zawitała Cami. Ubrana w jasną kwiecistą sukienkę wyglądała jeszcze bardziej delikatnie niż zwykle. Jak zawsze na jej twarzy gościł promienisty uśmiech, którym zarażała wszystkich.
- Witajcie - przywitała się.
- Witaj! Pamiętasz Klausa?
- Oczywiście -spojrzała na mnie z jeszcze większym uśmiechem.
Niewdzięcznik poszedł po książki dla niej, a my zostaliśmy sam na sam.
-Powiedz mi Cami..Od jak dawna się przyjaźnisz z Marcelem?
-Już ładny kawałek czasu... A wy?
- Oh wydaje się jakby wieki!
Na te słowa zaśmiała się. Żeby tylko wiedziała, nie było by jej już tak do śmiechu. Przeprowadziliśmy krótką rozmowę, a w drzwiach stanął Marcel z książkami.
- Proszę bardzo, plus mały bunus!
Wręczył jej książki oraz kopertę białą z czarną pieczęcią. Dziewczyna od razu ją otworzyła. Kobieca ciekawość...
- Mam nadzieję, że będziesz?
-Oczywiście Marcel. Do zobaczenia. Będę już lecieć -pożegnała się i wyszła.
Marcel nalał sobie zimnej Whiskey i zasiadł przy stole wyciągając na nim nogi. Ja tylko stałem i wpatrywałem się w niego z pytającym wzrokiem.
- Zapomniałem ci powiedzieć. W tą sobotę, impreza, tutaj. Zaproś Eli! Jeśli nie przyjdzie uznam to za..Zdradę... O i zaproś brata i siostrę - sztucznie się uśmiechnął i wręczył mi kopert.
On przechodził samego siebie. Zdrada...Bo nie przyjdzie na głupie przyjęcie. Wziąłem podarunki i wyszedłem.
Pojechałem od razu do rodzeństwa. Wiedziałem, że to nie będzie miłe spotkanie, jak zawsze, które w najlepszym przypadku skończy się tylko kłótnią, w najgorszym...Niech lepiej pamiętają, kto jest w posiadaniu sztyletów.Podczas jazdy słuchałem jednej z moich ulubionych płyt. Składanka jazzowa. Ta muzyka idealnie oddawała charakter tego miasta. Samochód brata stał jak zawsze na podjeździe.
- Halo?! - zawołałem wchodząc.
- Co ty tu robisz?! -na samym progu nakrzyczała na mnie Rebekah.
-Witaj siostrzyczko. Przejdźmy do salonu.
Hayley siedziała na kanapie. Przez to wszytko nawet zapomniałem, że będę mieć dziecko... Po chwili dołączył do nas, Elijah i ku mojemu zaskoczeniu, Lily.
- Co cię do nas sprowadza?
-Będzie u nas mieszkać. Czego chcesz? -przemówił Elijah.
-Mam dla was zaproszenia od Marcela..Impreza w sobotę - oznajmiłem sucho i rzuciłem koperty na stolik.
- Co w planujecie? -siostra nie dawała za wygraną.
-Elizabeth mi wybaczyła...Skończ tą dziecinadę, bo jak przyjdzie, co, do czego to i tak przylecisz do mnie... -wysyczałem i wyszedłem.
Oni mili mnie za nikogo. Skreślili mnie...Jeszcze tego pożałują. Wyszedłem trzaskając drzwiami.
- Czekaj! -usłyszałem za sobą głos brata.
Zatrzymałem się i odwróciłem w jego stronę. Nie miałem nastroju na kolejne kłótnie.
-Musisz się nią opiekować. Nic nie może jej się stać... -powiedział lekko przyciszonym głosem.
-O to nie musisz się martwić. Najwidoczniej jest dla mnie równie ważna, co dla ciebie...Może i bardziej - rzuciłem i wszedłem do auta.
Stał tam. Stał wryty po moich słowach. Ja też się sobie dziwiłem, że to powiedziałem, ale nie żałowałem tego. Wręcz przeciwnie.
   
     W szpitalu były już pustki. Siedziała na swoim łóżku. Oglądała jakiś magazyn o modzie czy coś w tym stylu. Nie ukrywała zdziwienia na mój widok.
-Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt? Niklaus Mikaelson zawitał do mnie dwa razy w ciągu tego samego dnia...
-Mam zaproszenie od Marcela. Impreza w tą sobotę... -usiadłem się na skraju łóżka.
-Co jeśli nie zaszczycę go swoją obecnością?
-Przyjdź...Powiedział, że uzna to za zdradę...
- Oh! Tak w ogóle to, czemu ciebie zawsze do mnie wysyła?
Zaśmiałem się głośno.
-Marcel uważa, że działa na ciebie mój urok osobisty - odparłem ciągle się śmiejąc.
-Marcel to idiota... Tyle w temacie -również się zaśmiała.
    Posiedziałem przy niej póki nie zasnęła. Kiedy wróciłem Marcel nie było. Nawet lepiej. Poszedł do siebie i otwarłem szkicownik. Zacząłem kończyć jej portret, który niegdyś zacząłem. Wiedziałem, że to wszytko jest dopiero początkiem.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział 9

~Elizabeth~
     Od rana padało. W szpitalu było lekkie zamieszanie. Nad ranem był poważny wypadek. Zderzenie dwóch autobusów, tyle dowiedziałam się od pewnej pacjentki, która była na sali obok i która mnie odwiedziła. Była na niej sama, a ja nie miałam nic przeciwko. Kobieta, która była ze mną na sali nie była zbyt rozmowna. Katy, bo tak miała na imię nowo poznana przeze mnie kobieta, była bardzo pogodna i wesoła. Polubiłam ją. Niestety przed 12:00 musiała mnie opuścić, gdyż miała mieć badania. Obiecała, że jeszcze wpadnie i zniknęła za drzwiami. W szpitalu na chwilkę zapanowała cisza i było słychać tylko stukanie kropli deszczu w średniej wielkości okno na naszej sali. Czułam się taka uziemiona... Na szczęście rana się goiła i pielęgniarka powiedziała, że za parę dni będę mogła stawiać pierwsze kroki.
     Gdy próbowałam się wygodnie położyć w drzwiach pojawił się Elijah. Od razu uśmiechnęłam się na jego widok. Wszedł bez słowa i przytulił mnie delikatnie na powitanie.
- Jak się czujesz? -spytał stawiając przy szafce koło łóżka.
- Już lepiej... Co tam masz? -spytałam z ciekawością patrząc na siatkę.
- Wodę, jabłko i czekoladę, twoją ulubioną - odparł i wypakował prezenty.
- Wiesz jak poprawić humor. Skąd wiesz, że ta jest moją ulubioną? - spytałam lekko zdziwiona.
Nie przypominałam sobie żebyś na ten temat kiedykolwiek rozmawiali.
- Wiesz wyczulone zmysły... Czytanie w myślach... - wyszeptał przy moim uchu.
Wybuchnęłam śmiechem, co nie było najlepszym pomysłem, bo rana zaczęła bardziej boleć.
- Czyli Lily ci powiedziała... -stwierdziłam w końcu szeroko się uśmiechając.
- Przejrzałaś mnie... -uśmiechnął się.
Bardzo rzadko to robił, a tak uroczo wyglądał...no i seksownie... ci pierwotni jednak coś w sobie mają.
- A jak Hayley? -zmieniłam temat.
- Dobrze...
- Mhm...oh błagam cię, przecież to widać! -wybuchnęłam.
- Niby co...?
- To jak na nią patrzysz...podobnie patrzyłeś na mnie...-powiedziałam ściszonym głosem.
Właściwie nie mam pojęcia czemu to powiedziałam. Mogłam ugryźć się w język.
- Elizabeth... Przepraszam... To wszystko...
- Nie to ja przepraszam, nie powinnam. Nie ważne było minęło -uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- No, a po za tym Klaus...
- A przepraszam co Klaus ma to naszej rozmowy bo chyba mnie coś ominęło. Jasne będzie ojcem dziecka, ale nie kocha jej, więc.... - powiedziałam lekko zdziwiona.
- Nie chodzi o Hayley tylko o ciebie.
- To zdecydowanie mnie coś o minęło...
- Intrygujesz go, lubi cię...właściwie to nie potrafi opisać uczucia jakim cię darzy -tłumaczył.
- Oh... Dziwny sposób na okazywanie...tego, że mnie lubi? Wiesz... - w odpowiedniej chwili się powstrzymałam.
Prawie się wypaplałam mu z tego co zrobił na tym bankiecie, ale nie mogłam zrozumieć czemu to zrobiłam...czemu go kryłam...
- Wiem...Niklaus...to Niklaus. Wypoczywaj -przytulił mnie i poszedł.
Znowu została sama. Miałam już dosyć tego szpitala. Zastanawiałam się cały czas dlaczego jego krew teraz nie poskutkowała. Jednak bez mojej księgi stałam w miejscu....
***
    ~Niklaus~
   Obudziłem się około 12:00 u Marcela. W pokoju nie byłem sam. Na łóżku i podłodze leżały trzy dziewczyny. Tylko jedna z nich była jeszcze żywa. Uniosłem jej rękę i wyssałem ostatnie krople krwi z szczupłej blondynki. No cóż podzieliła los koleżanek. Wstałem i udałem się do łazienki. Moja twarz, ręce i klatka były splamione krwią tych niewinnych niewiast... Jakież  to smutne... A nie jednak nie. Same wepchnęły mi się do łóżka. Nikt nie mówił, że nie będzie boleć. Patrząc na swoje odbicie w lustrze nagle pomyślałem o Elizabeth. Szybko to od siebie odrzuciłem. Nie mogłem sobie zaprzątać głowy takimi błahostkami. Odwróciłem się i przez uchylone drzwi łazienki zobaczyłem moje nocne dzieło. Trzy trupy... Zdecydowanie jest potworem. Szybko obmyłem twarz zimną wodą i wszystkie moje, jakże głębokie przemyślenia, zniknęły.
     Kiedy doprowadziłem się do stanu, w którym mogłem wyjść do ludzi nie wzbudzając ich przerażenie, udałem się do Marcela. Szedłem wolno... Tyle wspomnień. Bydlak odebrał mi nawet mój dom. W końcu go odnalazłem. Siedział zadowolony z siebie w "swojej" sypialni.
- Jak kolacja? -zapytał z szerokim uśmiechem.
- Wyśmienita... -wyszeptałem z zadowoleniem.
- Zapomniałem spytać... Co sądzisz o tej Eliazbath? -spytał, a ja usiadłem obok niego na kanapie.
- Eliazbeth?....Ach tak, pamiętam..
- Ciężko o niej zapomnieć -wtrącił półszeptem, a z mojej twarzy momentalnie zniknął uśmiech.
- Dlaczego pytasz? -kontynuowałem.
- Chciałbym ją przeciągnąć na naszą stronę -oznajmił.
Byłem w szoku... Zatkało mnie! Jednak nie mogłem dać tego po sobie poznać.
- Sądzisz, że się przyda?
- Żartujesz..? On jest niesamowita! - Pod jakim względem?
- Każdym... Jest potężną czarownicą...no i jest niczego sobie...
Nie podobał mi się sposób jaki o niej mówił. Sam nie wiem czemu....
- Co planujesz? -pokierowałem temat na właściwszy tor.
- Spotkasz się z nią i ją przekonasz.
- Ja?! -ta rozmowa przestawała mi się coraz mniej podobać.
- Tak...wiesz mój urok już na nią nie działa, a ty ją oczarujesz raz dwa! -wyjaśnił.
Zaśmiałem się w duchu. W tej chwili mnie zdecydowanie przecenił.
- Spróbuje... -odpowiedziałem sucho.
Dostałem od Marcela jej numer telefonu, który już oczywiście posiadałem i poszedłem na spacer.
      Tułałem się po uliczkach dzielnicy, aż e końcu usiadłem na ławce w parku. Pogoda się poprawiła, ale ciągle było pochmurno. Niedaleko mnie inną ławkę zajęła para młodych ludzi. Dziewczyna siedziała wtulona w swojego chłopaka, a ten bawił się jej włosami. Siedzieli w milczeniu... Cieszyli się sobą nawzajem, obecnością tego drugiego. Byli w sobie prawdziwie zakochani...
- Mogę? -z zamyślenia wyrwał mnie głos starszej pani.
- Tak...proszę -staruszka zajęła miejsce obok mnie.
  Rozejrzałem się po parku. Rzeczywiście wszystkie ławki były pozajmowane.
- Pięknie razem wyglądają... -wskazał na ową parę zakochanych.
Nie odpowiedziałem.
- Był pan kiedyś zakochany?
- Nie -wymamrotałem.
- Haha... A ta kobieta, o której pan myśli? - nie dawała mi spokoju.
- Skąd może pani wiedzieć o czym myślę...
- Bo znam życie... Znam ludzi... Po prostu niech pan nie traci czasu i uwaga...bo można zmarnować tą jedyną szansę..
- Chyba już ją straciłem... -powiedziałem.
Miałem to powiedzieć tylko w myślach, ale słowa mimo mej woli wypłynęły z moich ust.
Kobieta się uśmiechnęła przyjaźnie i poszła sobie. Posiedziałem jeszcze przez jakiś czas w samotności. To nie tak miało wszystko wyglądać...
***
  ~Elijah~
  Leżałem u siebie na łóżku. Całe szczęście udało mi się złagodzić całą sprawę, która wstrząsnęła babcią i mamą Elizabeth. Nasz powrót nie tak miał wyglądać...
- Co teraz?! -wtargnęła do mojego pokoju Rebekah.
- Po pierwsze uspokój się trochę. Po drugie rozwiń swoją myśl...
- Mamy na to wszystko mu pozwalać.. ma robić co mu się tylko podoba?!
- Ale gdyby nie on szykowalibyśmy się na pogrzeb Elizabeth, a nie kupowali jej owoce... -odpowiedziałem cały czas zachowując spokój.
-Zawsze będzie go bronić?!
- To nasz brat... Idź do Haley..
- Nie! Ja jadę do Dzielnicy.  Ktoś musi się tym w końcu zająć.  Dzisiaj ty się opisujesz naszym wilczkiem....
Energicznym krokiem opuściła mój pokój, a następnie dom.
Po jakimś czasie zszedłem na dół. Hayley leżała na kanapie w salonie. -Nie przeszkadzam?
- Nie... Gdzie on teraz jest? -spytała.
Zająłem miejsce na fotelu,  na przeciw niej.
- Nie wiem...Zapewne wciela w życie swój plan... -odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Nie miałem pojęcia co się dzieje z moim bratem.
- Martwię się, że Klaus może skrzywdzić Elizabeth... -wyszeptała. - Nie zamartwiaj się... -uśmiechnąłem się delikatnie. 
      Długo rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. Starałem się aby czuła się w śród nas komfortowo, no i żeby nie zamartwiała się tym wszystkim. Była bardzo miła. Potrzebowała więcej wsparcia... więcej uwagi w tym wszystkim. Nie chciałem żeby poczuła się w jakiś sposób odtrącona, w końcu stała się naszą rodziną.
- Czy on potrafi być miły? - spytała po dłuższej chwili milczenia.
- Tak... kiedyś... kiedyś był zupełnie inny. Jako człowiek... był miły, radosny i przyjacielski. Jednak nasz ojciec tłumił te dobre cechy w nim. Przemiana w wampira pozwoliła mu stać się potężnym przez co... sama widzisz.... -sam motałem się w swoich wyjaśnieniach. Skinęła tylko głową na znak, że rozumie.... Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że ja nie rozumiem... Nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale na dobrą sprawę sam do końca nie rozumiałem tych jego wahań nastroju. Po prostu przyjąłem ideę, że tak musi już być i już....

czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział 8

     ~Elijah~
    Od wczoraj w domu panowała napięta atmosfera. Lily były bardzo przejęta. Była zupełnie inna niż Elizabeth...Buntowniczka. Tak właściwie to ona też nią była na swój sposób. Hayley się nią zajęła. Była bardzo opanowana. To dobrze. W jej stanie nie powinna się narażać na stres...Ale czy w tej rodzinie to możliwe? Chyba nie...Ciągłe kłótnie, walki, nowi wrogowie. To na pewno nigdy nie będzie dobre miejsce do życia dla dziecka. Niby potężne pierwotne istoty, żyjące od wieków przygotowane na dalszą nieskończoność, a tak naprawdę całe życie uciekaliśmy przed naszym ojcem, udając że wszystko jest w porządku, że to normalne, że tak musi być.
- Nik jeszcze nie wrócił? -usłyszałem głos swojej siostry za plecami.
- Nie...
- Myślisz że jest u niej?
- Nie wiem...z każdym dniem coraz trudniej zrozumieć naszego brata -stwierdziłem.
- Lily chce do niej pojechać.
- Odwieź ją lepiej do domu...
- Nigdzie nie pojadę. Tylko do mojej siostry! -nastolatka wtargnęła do mojego pokoju.
Nie miałem wyjścia. Obiecałem jej, że ją zawiozę. Moja siostra się nią zajęła, a ja po raz kolejny zadzwoniłem do Niklausa. Nic...
Nie mogłem tracić na niego czasu.
***
     ~Elizabeth~
    Po przybrudzeniu nie miałam pojęcia gdzie jestem. Chwilę później zorientowałam się, że leżę w szpitalu. Próbowałam się podnieść, jednak byłam za bardzo obolała...nie miałam siły. Leżałam i wpatrywałam się w biały sufit.
- O dzień dobry -usłyszałam delikatny głos.
W drzwiach stała niska pielęgniarka.
- Dzień dobry -wyszeptałam.
Kobieta podeszła do mnie cały czas się uśmiechając.
- Jak się pani czuje?
- Źle...
- Leki niedługo zaczną działać. Proszę się stąd nie ruszać. Przyjdę za jakąś godzinkę, w razie czego proszę nacisnąć ten guzik -poinstruowała mnie co i jak.
Podziękowałam jej, a ona podeszła do kobiety leżącej obok.
     Wszędzie panowała cisza. Martwiłam się o Lily. Elijah na pewno się nią zajął, ale Klaus... Z nim nigdy nie wiadomo.
- Panna Roget? -usłyszałam nieznany mi męski głos.
- To ja...Coś się stało? -spytałam pomału podnosząc się na poduszkach.
  Mężczyznapodszedł do mnie z ogromnym bukietem róż w odcieniu krwi.
- Proszę bardzo -wręczył mi bukiet.
- Ale...? -wyjąkałam.
- Ja tylko je dostarczam -powiedział i wyszedł.
Leżałam i patrzyłam na bukiet. Był przepiękny. Wśród płatków odnalazłam karteczkę.
"Życzę zdrowia moja mała wiedźmo Niklaus xx"
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Byłam w całkowitym szoku. To było tak dziwne...a zarazem tak miłe.
- Piękne... Od chłopaka? -spytała pielęgniarka.
Och minęła już godzina.
- Znajomego...
- Za tym musi być coś więcej... Znajomy by się tak nie wykosztował, a to, to jest bukiet pierwsza klasa -mówiła.
- Wolę w to nie wnikać. Mogłabym prosić o jakiś wazon?
- Zaraz przyniosę. Choć nie wiem czy mamy taki, który je pomieści -cały czas się uśmiechała.
Nigdy nie dostała takiego bukietu. Wróć to był mój pierwszy bukiet jaki dostałam.
Pielęgniarka wsadziła kwiaty do wazonu z woda i postawiła na mojej szafce.
- To pani? -spytała pokazując mi medalion.
- Tak... -wyszeptałam.
Jak na jeden pokój, było tam za dużo podarunków o Niklausa.
      Cały czas leżałam. Miałam zakaz wstawania, ewentualnie tylko do toalety. Kobieta leżąca obok ciągle spała, więc nawet nie miałam do kogo się odezwać. Oczywiście mogłam zacząć mówić sama do siebie, ale mogli by mnie wysłać na nieco inny oddział.
- Liz! -nagle ktoś mnie mocno objął.
Musiałam zasnąć na moment.
- Lily... -przytuliłam ją.
Usiadła się na skrawku łóżka.
- Jak się czujesz??? -pytała z przejęciem.
- Lepiej...Gdzie Elijah i Rebekah?
- Zaraz przyjdą. Jejku jaki piękny bukiet... -powiedziała z szeroko otwartymi oczami.
- Chyba mu nie dorównam... -przeniosłam swój wzrok na wejście do sali. Przyszli.
- I tak jest piękny -oznajmiłam i przyjęłam od niego śliczny bukiet. Nie wiem co to za kwiaty, ale spodobały mi się. Jednakże to róże od zawsze były moimi ulubionymi.
- Czy to jest prezent od.... -zaczęła pierwotna.
- Klaus?! -wypaliła Lily z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Mhm... -wymamrotałam.
- Pasujecie do siebie -kontynuowała.
Ja nie wiedziałam co odpowiedzieć, a Rebekah wybuchnęła śmiechem. Elijah też nie powstrzymywał uśmiechu. Tylko dla mnie to nie było zabawne.
- Masz zakaz mówienia tego... Jasne? Nie wiesz, że nie wolno kłamać...
- Ale to prawda...
Skarciłam ją wzrokiem i nie drążyła tego tematu.
      Posiedzieli u mnie z jakieś dwie godzin i pojechali odwieść Lily do domu. Na sali znowu zapanowała cisza i spokój. Strasznie się nudziłam. Miałam ochotę pobawić się swoją mocą, ale nawet nie miałam jak.
***
     ~Niklaus~
     Byłem w świetnym nastroju. Cały dzień spędziłem z Marcelem. Zapewnił mi...świeży posiłek kiedy tylko tego zapragnąłem. Jak i poznałem pewno kobietę. Camii. Tak niewinna w tym świecie, w którym przyszło jej żyć. W śród tylu potworów, całe szczęście że nic o tym nie wie. Zaintrygowała mnie. Niezwykle inteligentna i..piękna, pani psycholog. Moje rozmyślenia na jej temat przerwał, już chyba setny, telefon od mojego brata.
- Tak -postanowiłem w końcu odebrać.
- Niklaus...Gdzie jesteś?
- Nie twoja sprawa braciuszku. Nie martw się nie narozrabiałem!
- Jeszcze...-usłyszałem po drugiej stronie.
- O Klaus...piękne kwiaty kupiłeś dla Elizabeth -dodał.
- Też tak uważam.
- Nie interesuje cię jak się czuje?
- A powinno? Widzisz, Elijah...mam teraz na głowie ważniejsze sprawy niż jakaś tam wiedźma i jeżeli to już wszystko to wybacz, ale muszę kończyć -rozłączyłem się nie czekając na odpowiedź.
  Usiadłem się w fotelu. Byłem wściekły, tyle że już nie wiedziałem na kogo.
      Zbliżała się 22:00. Powietrze znacznie się ochłodziło. W szpitalu było pusto i cicho. Spała. Wszedłem na sale i usiadłem się obok niej. W pomieszczeniu panował chłód. Dotknąłem jej dłoni, była bardzo zimna. Starałem się delikatnie przykryć ją kołdrą, jednak nie za dobrze mi to wyszło i już po chwili wpatrywała się we mnie tymi swoimi pięknymi, brązowymi oczami.
- Co ty tu robisz? - nie ukrywała zdziwienia.
- Przykrywam cię, bo marzniesz -uśmiechnąłem się.
- Idź sobie...
- Kwiaty ci się nie podobają?
- Niklaus... Są...piękne, ale idź już.
- Słodkich snów moja mała wiedźmo -ucałowałem jej skroń i wyszedłem z sali.
Obserwowałem ją. Czekałem, aż zaśnie, sam nie wiem czemu. To było silniejsze ode mnie.
Opuszczając szpital miałem dwie opcje. Wrócić do rodzeństwa albo walczyć o moje miasto manipulując Marcelem. Wybór był oczywiście prosty. Ja jestem królem.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 7

   ~Elizabeth~
   Leżałam z otwartymi oczami od kilku minut. W domu panowała cisza. W końcu podniosłam się z łóżka. Wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne ubrania. Zapowiadał się cudowny dzień. Pogoda nie nagana i do tego Niklaus dostanie za swoje. Czego chcieć więcej.
Wyszłam na korytarz i poszłam na dół do kuchni. Spotkałam tak Hayley.
- Co tu robisz? -spytałam zdziwiona.
- Chciałam zapytać o to samo. Jem..chcesz? -zaproponowała mi płatki na co się zgodziłam.
- Dziękuję, że mnie wczoraj przebrałaś.
- Nie ma sprawy... Jak się czujesz? -zapytała.
- Dobrze. Powiedziałaś już im? -nie mogłam wytrzymać z ciekawości.
- Nie.. Klaus był u mnie rano. Powiedział, że jak pisknę chociaż słowo skróci mnie o głowę...
- Co za... -brakowało mi już na niego określenia.
- A w ogóle to jeszcze ich nie ma. Elijah pisał, że zatrzymali się w hotelu, bo idą dzisiaj do kogoś na obiad -powiedziała.
Posiedziałam z nią chwilę. Poszła do ogrodu, a ja do Klausa.
Wbiegłam do pokoju, trzaskając oknami za pomocą mocy.
- Porąbało cię?! -krzyknął oburzony.
- Nie jestem w całości... A tak w ogóle to co ty sobie myślisz?! Haha! Boisz się, że zastraszyłeś Hayley? -krzyczałam na niego.
- Uspokój się kobieto! Po za tym moje kochane rodzeństwo nie może mi nic zrobić! -powiedział energicznie wstając.
Nie cofnęłam się, wręcz przeciwnie. Zbliżyłam się do niego.
- Chcesz mnie zabić? Proszę bardzo!
- Nie chcę cię zabijać! -odpowiedział.
Spojrzałam na niego pytająco. Nie miałam do niego siły. Wybiegłam z jego pokoju, a następnie z domu. Nie chciałam na niego patrzeć. Poszłam do lasu. Potrzebowałam spokoju, a kto jak kto, ale obecność Nikalusa mi tego nie mogła zapewnić.
      Długo spacerowała. Nie obchodziło mnie która godzina, ani gdzie jestem. Ważne, że jak najdalej od niego. Nagle zza drzewa wyłoniła się postać nastolatki, z kolorowymi włosami.
- Lily... -wyszeptałam.
- Liz..? -spytała zdziwiona i podbiegła do mnie.
- Co ty tutaj robisz? -spytałam.
- Em..zgubiłam się...
- Zaklęcie lokalizujące?
- Nie praktykuję?
Och...no tak. Uklęknęłam i zaczęłam. Nic. Coś było nie tak.
- No to pięknie...tu nawet nie ma zasięgu! -oznajmiła Lily.
- Dobra chodź. Musimy się jakoś wydostać.
- Jacy oni są? -zaczęła nowy temat.
Nie chciałam rozmawiać o pierwotnych, ale dobrze znałam upór mojej siostrzyczki.
- Rebekah jest bardzo fajna. Tak jakby się zaprzyjaźniłyśmy. Ma mocny charakter, ale potrafi być przyjacielska. Elijah jest dżentelmenem. Zawsze pomoże i w ogóle...ideał -zaśmiałam się lekko.
- No, a ten słynny...
- Niklaus Mikaelson... Palant...delikatnie mówiąc -dokończyłam.
- Aż tak źle?
- Gorzej, ale ty lepiej mów co u was - zmieniłam szybko temat.
- Dobrze. Babcia była wściekła ale Klaus ją przekonał i jest ok, więc nie może być, aż taki zły -powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Po prostu szłam. W końcu doszłyśmy do drogi. Od razu na naszych telefonach pojawił się zasięg.
- Zadzwoń po kogoś...błagam -wyszeptała Lily wtulając się w moje ramię.
Wyciagnęłam telefon. Super...Elijah i Rebekah nie odbierali. Postanowiłam zadzwonić do niego.
- Tak? -usłyszałam po drogiej stronie słuchawki.
Był spokojny. Zdziwiło mnie to.. Jego głos był taki delikatny.
- Elizabeth... -wyrwał mnie z zamyślenia.
- Yy...błagam cię przyjedź..
- Gdzie jesteś?
- No...ten... Przy jakieś drodze w lesie... - mało precyzyjna odpowiedź z mojej strony.
- Widzisz duży...plakat...klubu jazzowego? -spytał.
Po drugiej stronie słyszałam słuchawki jak odpala samochód.
- Tak! -odpowiedziałam.
Był jakieś...no nie wiem...pięć metrów od nas także nie trudno było go nie zauważyć.
- Niedługo będę... -rozłączył się.
Zaczęło się ściemniać. Pełnia. Jeszcze tego nam było trzeba. Podeszłyśmy w wyznaczone miejsce. Oparłam się o słup, a Lily przytuliła się do mnie. Brakowało mi jej. Nagle usłyszałyśmy wycie wilków. Poderwałyśmy się, a Niklausa jak nie było tak nie było. Robiło się coraz ciemnej i zimniej, do tego te przeklęte wilki.
Minęło kolejne pięć minut...nic. Coś poruszyło się w śród drzew. Już po chwili wyłonił się duży, o lśniąco czarnej sierści wilk. Lily pisknęła cicho. Odsunęłam ją za siebie. Bestia zbliżała się do nas pomału. Nagle usłyszałyśmy pisk opon i hamowanie. Z auta wybiegł Niklaus. W tym samym momencie wilk rzucił się na mnie. Poczułam ogromny ból po lewej stronie brzucha. Krzyknęła z bólu. Od razu zaczęła się lać krew. Upadłam. Następna miała być Lily. A jednak...po kilku sekundach wilk leżał już martwy. Poczułam jak ktoś unosi mnie delikatnie do góry. Niklaus... Podał mi swoją krew. Nic, zero reakcji ze strony mojego organizmu. Wziął mnie na ręce i już po chwili byłam w samochodzie. Lily siedziała obok mnie. Jechaliśmy bardzo szybko. Czyżby mu na mnie zależało?
- Zrób coś -warknął na Lily.
-  Nie umiem ja...ja nie praktykuje -odpowiedziała uciskając moją ranę.
- Jesteś z rodziny, jednych z najpotężniejszych czarownic i nie praktykujesz magi?! - krzyczał.
-Dosyć..  - wymamrotałam.
Już więcej nikt nic nie mówił.
Kiedy dojechaliśmy do domu od razu podbiegła do nas Rebekah, Elijah i Hayley.
- Kto to? -słyszałam jak za mgła głos pierwotnej.
- Jej siostra...Hayley przydaj się i zaopiekuj się nią... - mówił Klaus.
- Co z Elizbeth? -pytał Elijah.
- Została zaatakowana przez wilka i jej organizm nie przyjmuje mojej krwi.... -tłumaczył.
Czułam, że tracę łączność ze światem.
- Jedziemy do szpitala...niech medycyna się wykaże! -zarządziła.
***
    ~Niklaus~
     Elijah prowadził auto. Ja siedziałem obok niego, a Rebekah uciskała jej ranę. Była już nie przytomna.
Dojechaliśmy w końcu do szpitala. Wziąłem ją na ręce i pobiegłem do środka, a moje rodzeństwo za mną. Od razu znaleźliśmy lekarza. Zajęli się nią, a nam kazali czekać.
     Minęła godzina, a od lekarza żadnych wieści. Czekaliśmy na korytarzu...wyglądaliśmy tak ludzko...tak pokonani. Elijah opierał się o ścianę, a Rebekah chodziła w kółko po korytarz. Ja siedziałem na krześle. Wpatrywałem się w podłogę. Miałem pustkę w głowie. Nagle drzwi się otwarły. Pielęgniarki pchały łóżko lekarskie, na którym leżała nieprzytomna Elizabeth.
- Co z nią? -moja siostra zapytała lekarza.
- Jest w ciężkim stanie...ta noc może być decydująca, ale bądźmy dobrej myśli -powiedział i odszedł.
Szliśmy zaraz za łóżkiem. W końcu pielęgniarki wjechały na salę. Było tam jedno wolne miejsce. Podłączyły ją do aparatury i również odeszły.
- Jedźcie do domu -powiedziałem.
- Co?...nie! -protestowała moja siostra.
- A co z tobą? -spytał Elijah.
- Ja tu zostanę -oznajmiłem.
Zapanowała cisz. Patrzyli na mnie w osłupieniu. Ja też się sobie dziwiłem, ale to było silniejsze ode mnie. Nie pytali o nic więcej.
- Jeśli coś jej się stanie... -wysyczał mój brat.
- Spokojnie... -zapewniłem.
Kiedy zostałem z nią sam. Usiadłem się na brzegu jej łóżka. Cały czas była nieprzytomna. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem z niej medalion. Położyłem go na małej szafce obok. Odgarnąłem jeden kosmyk włosów z jej twarzy, który zawsze jej opadał.
Usłyszałem ciche kroki osoby wchodzącej na salę. Była to pielęgniarka, która wiozła na wózku pacjentkę. Przynajmniej nie będzie samotna.
- Dobry wieczór -przywitała się.
- Czy ja wiem czy taki dobry...
Popatrzyła na mnie. Nic nie mówiła. Położyła tamtą pacjętkę na łóżko, a ona zaraz zasnęła. Musieli dać jej mocne leki.
- Wszystko będzie dobrze. Żona, dziewczyna?
- Nie... Znajoma... - powiedziałem.
Nie mogłem inaczej jej nazwać. Wiem, że ona nie chciałaby być nazwana przez mnie przyjaciółką.
Pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła. Znowu zapanowała cisza.
- Przepraszam -wyszeptałem i ucałowałem w czoło.
Po cichu wyszedłem z sali. W szpitalu panował spokój. Było już dość późno i dziwiłem się, że o tej porze mogłem u niej być, no ale... Wyszedłem z ogromnego gmachu i poszedłem do swojego auta. Elijah i Rebekah pewnie zamówili taksówkę. Nie wiedziałem gdzie mam jechać i co ze sobą począć. Ja na prawdę się o nią martwiłem.

sobota, 23 maja 2015

Rozdział 6

     ~Elizabeth~
     Zbliżało się popołudnie. Około 17:00 musieliśmy wyjechać, żeby być na miejscu o 18:00. Z Rebekah było nas wszędzie pełno. Ciągle byłam wściekła na Klausa za to co zrobił. Nikomu o tym nie powiedziałam. Bałam się go...
Spojrzałam na medalion od niego. Błękitny kamień aż lśnił. Byłam naiwna ufając mu. Delikatnie podniosłam go.
- Najpierw rozprawie się z Marcelem, a później z tobą... Obiecuję ci to Klaus... - powiedziałam sama do siebie.
***
     ~Niklaus~
     Stałem na balkonie. Przygotowania szły w najlepsze. Na prośbę Marcela zjawiłem się wcześniej. W swoim domi i tak bym tylko słyszał obelgi rzucane w moją stronę jaki to ja okropny, że jestem potworem... Jakbym już tego nie widział.
Byłem ciekaw jak zareaguje na mnie Elizabeth. Elijah i Rebekah się już do tego przyzwyczaili. Ona jest ciągle w tym nowa...niewinna i czysta.... Odrzuciłem te myśli. Cholerna wiedźma... Wyszeptałem sam do sobie
Najpierw omotała mojego brata, a teraz mnie... Tylko czemu ja się tak tym przejmuje.... Zapewne mnie teraz nienawidzi i przeklina. Nie dziwie się jej, ale cóż nasza znajomość zaczęliśmy dobrze, co było nowością z mojej strony.
    Zeszedłem na dół do Marcela, który sprawnie kierował przygotowaniami. Zbliżała się godzina 16:00. Jeszcze dwie godziny do wielkiego przyjęcia. Byłem strasznie ciekawy czy Elizabeth już powiedziała mojemu rodzeństwu o tym, że odwiedziłem ją w mojej wilczej formie. Zapewne tak... Poleciała do mego brata z podkulonym ogonem, a ten zawsze dobroduszny pozwolił wypłakać się jej w swoich ramionach... OH bracie kobiety cie kiedyś zgubią.
- Nie długo goście będą przyjeżdżać! Elijah i Rebekah będą? - spytał Marcel, który nadchodził w moim kierunku.
- Oczywiście, ze tak. Elijah jako moja niańka, Rebekah nie przepuści takiego przyjęcia - odpowiedziałem z ironią, na co on się tylko zaśmiał.
- Przyjdzie sporo ważnych ludzi w Nowym Orleanie - mówił Marcel.
- A ta wiedźma, o której mi wspominałeś? - spytałem odwracając od niego wzrok.
- Będzie... Ale uważaj na nią. Jest sprytna...i w twoim typie! - poklepał mnie po plecach szeroko się uśmiechając.
- Co znaczy w moim typie? - spytałem z ciekawością.
- Sam się przekonasz - rzucił i gdzieś poszedł.
Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś to powie, że Elizabeth jest w moim typie. Cóż okazało się, że Marcel był pierwszy i chyba tylko on tak uważał.
    Poszedłem do pokoju na gorze. Zacząłem się szykować na przyjecie. Założyłem białą koszule oraz frak, który liczył już sobie trochę lat, a mimo to ciągle się dobrze trzymał.
Czas zacząć przyjecie.
***
     ~Elizabeth~
     Wysadzili mnie dwie ulice wcześniej, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Robiło się chłodno, ale bardzo przyjemnie. Widziałam jak wiele osób kieruje się w miejsce balu. Kobiety miały najwspanialsze suknie. Większość stylizowane na starodawne. Dzięki Becce mogłam mieć oryginalna suknie, z małymi przeróbkami.
    Było już parę minut po 18:00. Nie śpieszyłam się. Wszyscy śmiali się i tańczyli. Kiedy tylko przekroczyłam próg posiadłości zobaczyłam pierwotna. Ta tylko uśmiechnęła się do mnie dyskretnie i sięgnęła po kieliszek szampana. Chwile później zauważyłam Elijahe dyskutującego w malej grupce.
- Elizabeth! Witaj - usłyszałam radosny głos Marcela.
-  Witaj... Wspaniałe przyjecie.
- Dziękuje. Chodź chce żebyś kogoś poznała - wziął mnie pod rękę i zaprowadził do małego salonu niedaleko głównej sali.
Był skromny ale urządzony ze smakiem. Znajdowała się tam mala biblioteczka na wprost nas, przy której stał odwrócony do nas tyłem mężczyzna...Niklaus.
- Klaus poznaj Elizabeth. Niestety muszę was zostawić. Przyjecie trwa! - uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Szybko zamknął za drzwiami zamykając je za sobą.
Dopiero wtedy się odwrócił i podszedł do mnie. Pomału i z klasa....cały on.
- Dobry wieczór Elizabeth Roget - przywitał się ze mną.
Ja..no cóż, przywaliłam mu z liścia. Nie spodziewał się tego. Nie dało mi to jednak satysfakcji. To co on mi zrobił nie mogło się z tym równać.
- W jednej chwili mogę wyzwolić twoją wilczą formę, wiec się streszczaj - powiedział z powaga.
- Z czym mam się streszczać? - spytał arogancko i odsunął krzesło od stolo, który stał na środku, w geście abym się przy nim usiadła.
- Czego jeszcze ode mnie chcesz?
- Usiądź...
  Wywróciłam oczami i podeszłam do krzesła. Usidłam się, a on na przeciw mnie.
- Niklaus...
- Teraz będę dużo czasu spędzać z Marcelem. Musze sprawić żeby mi zaufał. Ty masz czekać na wiadomości ode mnie... - powiedział sucho.
- Co?... Może ci się coś pomyliło, ale z tego co ja wiem to nie jestem jakąś asystentka, która lata wszędzie na zawołanie! - nie dawałam się.
- Tak, to prawda. Nie jesteś asystentka. Jesteś moja czarownica!
- Od kiedy to jestem twoja?
Nic nie odpowiedział. Nie wiedział co. Był wściekły, bo ktoś mu się postawił. W końcu! Wstał i odwrócił się ode mnie. Znów zajął się książkami. Na mojej twarzy malował się uśmiech zwycięstwa i dumy. Wstałam od stołu i skierowałam się do wyjścia.
Zabawa trwała. Nawet Marcel był nadzwyczaj miły. Potańczyłam z nim chwile. Później ktoś inny wziął mnie do tańca. Chociaż na chwile mogłam zapomnieć o tym wszystkim. Kolejnym moim partnerem do tańca okazał się Elijah. Z nim tańczyłam najdłużej. Dogadywaliśmy się coraz lepiej, jednakże nie powiedziałam mu o mojej rozmowie z Niklausem. Uznałam bardziej za stosowne jeśli zatrzymam to dla siebie.
      Minęły trzy godziny. Odbyłam wiele ciekawych rozmów oraz dużo tańczyłam. Czasami zauważałam go, ale od razu ignorowałam. Jedyne co można było odczytać z jego twarzy to wściekłość.
Potrzebowałam trochę świeżego powietrza. Wyszłam na ogromny taras z boku domu. Na niebie było już pełno gwiazd. Powietrze było rześkie, mogłabym tam stać godzinami. Po jakiejś chwili usłyszałam ciszy jęk i przerwany krzyk w małym lasku obok posiadłości. Ze wzgledu na muzykę nikt wewnątrz nie był wstanie tego usłyszeć. Poszłam za dźwiękiem. Pod drzewem stał Niklaus z jakąś dziewczyną, z której wysysał krew.
- Co ty wyprawiasz! - krzyknęłam.
 Odsunął się lekko, a ona osunęła się. Musiał już sporo wypić jej krwi.
- Oh witaj... Dołączysz do nas? - zapytał arogancko.
- Ulecz ją i wypuść...
- Nie umiesz się bawić.. - wymamrotał.
Mocno chwycił omdlałą dziewczynę. Podał jej swoja krew, sprawił ze zapomniała i wypościł.
 Zostałam sam na sam z diabłem.
Po jego wargach spływała krew. Biała jak dotąd koszula pokryła się czerwonymi plamami. Było ciemno. Bałam się, a on to czul. Zrobił jeden krok w moją stronę, a ja momentalnie w tył. Uśmiechną się i pomału ruszył ku mnie. Cofałam się, ale napotkałam drzewo na swojej drodze. Byłam w potrzasku.
- Gdzie medalion ode mnie? - spytał robiąc ostatni krok w moja stronę.
- Na polce. Stwierdziłam, że nie będzie pasować...
- Oh Elizabeth... Czyżbyś się mnie bała?
 Zacisnęłam pięści. Po chwili Klaus leżał już na ziemi. Jednak dobrze być w takich sytuacjach wiedźmą.
Zacięłam uciekać. Nic nie widziałam, tylko zarysy drzew. Nie mogłam trafić na ścieżkę prowadzącą do domu, a suknia nie ułatwiała mi biegu. Co chwile się potykałam.
- Elizabeth! - usłyszałam jego głos niedaleko mnie. 
Moje serce waliło jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Na moje nieszczęście potknęłam się o jakiś konar i przewróciłam się. Musiałam uderzyć się głową o coś bo film mi się urwał.

***
      ~Niklaus~
    Leżała na ziemi kiedy do nie dotarłem. Wziąłem ją na ręce i wyniosłem z lasu, jednakże nie podałem krwi.  Sam nie wiem czemu. Nie zawiadomiłem mojego brata. Nie czułem takiej potrzeby. Położyłem ja na tylne siedzenie i przebrałem koszule na czysta. Wytarłem twarz i dopiero ruszyłem.
 Chciałem zawieść ją do szpitala, ale zrezygnowałem ze tego. Pojechałem do domu.
- Co się stało?! -naskoczyła na mnie Hayley.
- Nic... Przewróciła się i zemdlała. Nic jej nie będzie.
 Popatrzyła na mnie podejrzliwie i poszła za mną na górę. Dziewczyna przebrała Elizabeth, wyganiając mnie przy tym z jej pokoju. Posłusznie poczekałem przed drzwiami. Rozmyślałem nad tym jak moje kochane rodzeństwo na to zareaguje.
- Już! -zawołała.
Elizabeth była ciągle nieprzytomna. Podszedłem do jej łózka. Na czole miała ranę i dużego siniaka. Ręce również miała po odzierane przez gałęzie.
- Idź już... -powiedziałem.
Bala się zostawić ją sam na sam ze mną, ale poszła. Usiadłem się kolo niej. Odgarnąłem włosy z jej twarzy. Nagryzłem swój nadgarstek i podałem jej krwi. Stwierdziłem, że bardziej przyda mi się żywa.
Może moglem sobie odpuścić. Może to on mogla być tą osobą, która mi ufa...
- Niklaus... - wyszeptała i otwarła pomału oczy.
- Tak? -nachyliłem się bliżej.
- Siedzisz mi na nodze...
Dopiero teraz to zauważyłem. Szybko z niej zszedłem, a Elizabeth się podniosła.
- Jak się czujesz?
- Źle... Jak mogłeś? -spytała z wyrzutem.
- Moja wina, że jesteś niezdara i się potknęłaś?
 Przewróciła tylko oczami.
- Może lepiej będzie jak nie powiem nic twojemu rodzeństwu... -zaproponowała.
Może i jednak coś nas łączyło....
- Za późno. Hayley widziała, to ona cie przebrała, wiec na pewno im powie... -wyjaśniłem.
- No to masz przerąbane -uśmiechnęła się.
- Dobrze się bawisz prawda?!
- A zabawa dopiero się zaczyna...
- Dobranoc -powiedziałem i wyszedłem.
Jeszcze ich nie było. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem do sypialni usiadłem się na łóżku ze szkicownikiem. Zapaliłem małą lampkę nocną i zacząłem szkicować. Z początku bazgrałem różne linie, które nie miały rzadnego sensu. Traciłem tylko papier. W koncu zacząłem szkicować postać dziewczyny, w pieknej sukni i medalionie na szyi. Dopiero po chwili się ocząsnąłem. Szkicowałem Elizabeth. Chciałem wyrwać tą kartkę i ją wyrzucić, a jednak nie zrobiłem tego. Dokończyłem dokładnie rysunek, dbając o każdą linię. Po skonczoniu byłem na prawdę zadowolony ze efektu końcowego. Zamknąłem szkicownik i schowałem go do szafki nocnej. Zgasilem lampkę i wygodnie się położyłem. Czekał mnie cieżki dzien. Elijah i Rebekah nie odpuszczają tak łatwo....

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 5

    ~Niklaus~
   Całą noc błąkałem się bez celu po lesie. Pożywiłem się na kilku osobach. Ta noc należała do jednych z dłuższych w moim życiu. Czułem, że... Źle zrobiłem. Dziwne uczucie i to wszystko przez jedną nic nie znaczącą wiedźmę.
Nie wiem dlaczego, ale nogi same nie poniosły do tej studni. Tu się wszystko zaczęło. Bałem się, że przez to co się stało ona odejdzie, a ja nie będę mógł wziąć tego co należy się mi. Tronu! Ja jestem królem. Ja Niklaus Mikaelson. Nikt inny!
Miałam tylko jeden sposób jak odzyskać jej zaufanie.
      Poszedłem do jej domu. Delikatnie zapukałem do drzwi. Otworzyła mi nastolatka z pofarbowanymi włosami.
- Słucham? - spytała.
- Dom rodziny Roget?
- Tak. A pan to kto?
- Znajomy Elizabeth
- Coś się stało mojej siostrze? - przejęła się.
- Nie, ale... Jest może twoja...
Nie musiałem kończyć. Po chwili do drzwi podeszła Jacquline Roget. Zdziwił ją mój widok. Kazała iść dziewczynie do siebie, a sama usiadła się na fotelu, na werandzie.
- Czego od nas chcesz?
- Abyś przewróciła Elizabeth do waszego sabatu... Do waszej rodziny - starałem się być uprzejmy na tyle ile potrafiłem.
- Zdradziła n...
- Nie. Chce pomóc. Chce uwolnić wiedzmy Nowego Orleanu. Jest gotowa się poświęcić dla swoich. Czyż to nie piękna postawa? Godna przywódcy... - przekonywałem.
- Co ty będziesz z tego miał?
- Zmieniłem się. Jak każdy. Pragnę wyzwolić Nowy Orlean z rządów Marcela 
- Nie wykluczyłam jej ani nic w tym stylu... - powiedziała spokojnie po dłuższej chwili ciszy.
- Ale jak moc...
- To, że jestem stara nie znaczy, że nie potrafię rzucać zaklęć, a po za tym była roztrzesiona - wytłumaczyła.
- Czyli mogę jej przekazać dobre wieści?
- Tak, ale niech tu jeszcze nie przyjeżdża. Okłamała mnie... Musi swoje odpokutować.
  Uśmiechnąłem się i odszedłem.
***
    ~Elizabeth~
     Od rana przeglądałyśmy suknie. Rebekah miała ich ogrom! Mi najbardziej spodobała się w odcieniach karminu i szkarłatu. Becka wybrała jasną suknie, gdzie królowały biel, żółć neapolitańska oraz złoty. Jej była gotowa do założenia. Z mojej wyrzuciłyśmy niepotrzebne falbany i podszewki, tak żeby stała się lekksza i żebym czuła się w niej swobodnie. Postanowiłyśmy zachować gorset żeby tyle nie eksperymentować. Nie chciałyśmy jej zepsuć.
     Z gotowymi sukniami każda z nas poszła do siebie. Zatrzymałam się w progu. W moim pokoju stał Niklaus.
- Wynos się... - powiedziałam i zacisnęłam pięści.
Nic. Oczywiście. Przecież on nikogo nie słucha! O nie... Nie złamię się. Wyprostowałam się i podniosłam głowę. Dumnym i pewny krokiem weszłam do siebie i powiesiłam suknię.
- Rozmawiałem z twoją babcią - powiedział spokojnie kiedy już miałam wychodzić.
- I? - spytałam jakby nie to nie ruszyło.
- Cóż... Nie tylko Elijah ma swój urok osobisty Elizabeth Roget, przyszła przywódczyni sabatu... - powiedział stając na przeciwko mnie.
- Wspaniale... Myślisz, że to załatwi całą tą sprawę? - byłam nieugięta, chodź fakt, że babcia mnie nie wydziedziczyła był bardzo miły.
- Czego Ty jeszcze ode mnie oczekujesz?!
- Przepraszam? Jakiejś skruchy, żalu?...
- Piękna suknia - powiedział i wyszedł.
Przełożyłam rękę do medalionu. Wyszeptałam kilka słów. Nie był mi już potrzebny.
***
     ~Elijah~
   Siedziałam w ogrodzie i czytałem książkę, kiedy mój... Nie zrównoważony emocjonalnie... Brat, wyleciał do ogrodu.
- Cóż znowu bracie? - nie odrywałem wzroku od lektury.
- Elizabeth! Jak zawsze....
- Sam się zdeklarowałeś, że będziesz się nią opiekować....
- O! Bracie.. Jednak to nie ją ciągle o niej myślałem i to nie mi śniła mi się po nocach!
- Ciszej Niklaus... - uspokajałem, a przynajmniej starałem się.
- Co boisz się, że usłyszy?! Wiesz co... Ty po prostu się boisz!
Wyszedł i kiedyś poszedł. Zamknąłem książkę i poszedłem do domu. W salonie stała Elizabeth.
- Błagam zrób z nim coś - powiedziała delikatnie.
- To nie takie łatwe... Słyszałaś może naszą rozmowę? - musiałem spytać.
- Tak... - spuściła wzrok.
- Elizabeth... Przepraszam
- Nie masz za co, Elijah...to i tak by nie wyszło - uśmiechnęła się do mnie przyjacielsko.
- Przyjaciele?
- Oczywiście... A co do Hayley... - powiedziała ściszonym głosem i uśmiechnęła się szeroko.
- Elizabeth! Chociaż ty mnie dzisiaj nie denerwuj... - zaśmiałem się.
  Wybuchnęłaśmiechem, a ja poszedłem do siebie.
***
       ~Niklaus~
      Błąkałem się po lesie. Znowu. Nowy Orlean na zawsze pozostanie przeklęty. Czego ta dziewczyna jeszcze ode mnie może chcieć... Nagle usłyszałam, że mój telefon dzwoni. Nie sprawdzałem kto to tylko odebrałem.
- Tak?!
- Niklaus... Gdzie jesteś? - usłyszałem znany głos.
- Elizabeth... Daj ty mi spokój!
  Rozłączyłemsię. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać.
       Robiło się już coraz ciemnej. Na niebie pokazywał się już księżyc. Pełnia. Telefon, dokument i kortke wrzuciłem do auta. Poszedłem znacznie dalej w las. Czułem, że to się dzieje. Nie walczyłem. Przemieniałem się.
***
       ~Elizabeth ~
      Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Bałam się, że może zrobić coś głupiego, że może kogoś... Zabić. Elijah poszedł go szukać. My w trzy zostałyśmy w domu.
- Nie martw się - uspokajała mnie Hayley.
Gdyby coś się komuś stało to tylko przeze mnie.
- Dobrze... Jak się czujesz?
- Nie narzekam. Chodź perspektywa, że urodzę dziecko pierwotnej hybrydy troszkę mnie przeraża... - powiedziała spokojnym tonem.
- Pamiętaj, że masz nas - powiedziała Rebekah po czym wyszła.
Powiedziałam chwile z dziewczyną i poszłam do niej.
Siedziała na swoim łóżku, wpatrywała się w przestrzeń za balkonem.
- Co się stało?
- Nic... - powiedziała szybko.
Podeszłam do niej. Jej policzki były mokre od łez.
- Nik otrzymał największy, najwspanialszy dar... On nawet na to nie zasługuje... Nigdy tego nie pragnął.... - mówiła z łzami jak i złością w oczach.
- Hej... To prawda, że nie zasługuje na to. Musimy mu w tym pomóc. Ty musisz. Nie możesz mieć własnego dziecka lecz możesz być najlepszą ciocią na świcie.
- Dziękuję... - uśmiechnęła się delikatnie.
       Zbliżała się 24:00. Niklaus ciągle nie wracał, a ja jak głupia do niego dzwoniłam. Elijah wrócił przed godziną. Ani śladu... Nie wiem czemu, ale w pewien sposób się o niego martwiłam, a może raczej o to czy czegoś nie zrobi.
Gdy wracałam spod prysznica usłyszałam wycie wilka. Samotnego... Wyszłam na balkon. Stał w pewnej odległości, jednakże dobrze go widziałam. Blask księżyca padał na niego jak i światło z mojego pokoju padało po części na niego. Patrzył na mnie. Dopiero po chwili spostrzegłam, że jego pysk jak i część sierści są w krwi. Niklaus...

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdzial 4

     ~Elizabeth~
       Rano obudził mnie promienie słoneczne. Przeciągnęłam się leniwie. Wstałam i poszłam do łazienki, którą miałam w pokoju. Kiedy się już ubrałam zawiesiłam na szyi medalion. Był śliczny. Nie pewnie wyszłam z pokoju. W domu panowała cisza. Zeszłam do salonu i skierowałam się do kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu był już tam ktoś. Jakaś dziewczyna, którą widzę pierwszy raz. Jednak czuje, że już ją kiedyś spotkałam.
- Hayley - wypaliłam.
Dziewczyna odwróciła się do mnie. Była mojego wzrostu. Czułam, że to jest ta dziewczyna od której czułam tyle mocy.
- Tak.... Skąd wiesz? Kolejna pierwotna?
- Nie... Jestem Elizabeth. Jestem wiedźmą. Pomagam im.... Czułam, że się do nas zbliżasz - wytłumaczyłam spokojnie.
- Okay... Em... Płatków?
- Jasne.. tylko mam pytanie - usiadłam się przy blacie obok niej, a ona podała mi miseczkę z płatkami i mlekiem.
- Tak?
- Czy jest dziecko?
- Nie uwierzysz, ale... Klausa - powiedziała.
Nic nie odpowiedziałam. Jakim cudem on może mieć dzieci?! Skończyłyśmy ten temat.
     Z Hayley bardzo dobrze mi się rozmawiało. Była miła i w ogóle. Spędziłam z nią cały poranek.
- O witam - usłyszałyśmy głos.
Elijah stał w drzwiach oparty o futrynę, jak zawsze w garniturze.
- Hej - powiedziałam.
- Jak się czujesz Hayley? - ominął nie i poszedł do niej.
Czy on mnie właśnie zignorował?! Wyszłam z kuchni. Czułam, że Rebekah jeszcze nie wróciła. Poszłam na górę. Drzwi Klausa były uchylone. Zajrzałam do środka. Spał. Wyglądał tak uroczo.
- Coś się stało? - zapytał nagle.
- Nie... Ja... - wyjąkałam.
- Wejdź - powiedział spokojnym głosem.
Posłusznie weszłam do środka. Okay może i był dla mnie miły, ale to wciąż pierwotna hybryda z którą lepiej nie zadzierać.
Wstał z łóżka. Był w samych spodniach dresowych. Na lewym ramieniu miał tatuaż pióra, z którego wylatywały ptaki, te już znajdowały się na lewej części jego klatki piersiowej.
Stałam przed nim i nie widziałam gdzie mam patrzeć. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Wziął koszulkę wisząca na krześle i założył ją.
- Poznałaś Heyley?
- Tak wydaje się być miła. Niklaus... To ją widziałam w tych wizjach - powiedziałam.
On tylko przytaknął.
- Właściwie dobrze, że jesteś bo muszę ci coś powiedzieć. Dzisiaj jadę spotkać się z Marcelem - oznajmił.
- Co?!
- Mam zamiar urządzić bal w takiej jednej starej rezydencji - kontynuował.
- Jak?...co?!
- Moja mała wiedźmo. O nic się nie martw. Zajmę się wszystkim - mówiąc to chwycił mnie za ramiona i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Okay... - wymamrotałam.
- A teraz chodźmy do mojego brata
- Czekaj... Czy do ciebie w ogóle dociera to, że będziesz ojcem? - zapytałam.
Uśmiech z jego twarzy znikł. Nic nie odpowiedziała tylko wyszedł z pokoju, a ja za nim.
Elijah i ta dziewczyna siedzieli teraz w salonie.
- Czas omówić plan - przejął dowództwo Niklaus, chyba jak zawsze.
- Jadę do Marcela, wy tu zostajecie. Mówię mu o balu, a on się zgadza. Drogie panie muszą wybaczyć, ale nie możecie iść z nami bal. Marcel cie znam Elizabeth, nie może wiedzieć, że z nami... Współpracujesz, a o tobie nie mogą widzieć w ogóle - ostanie wyrazy skierował to Heyley.
Poszedł się przebrać i wyszedł z domu. Chwilę później przyjechała Rebekah. Chciała poznać nową i poszła z nią do ogrodu. Ja i Elijah zostaliśmy w domu.
- Ładny.. Medalion... - powiedział.
- Dziękuję. Od Niklausa... - mogłam się powstrzymać.
- Wiem... - odpowiedział siadając naprzeciw mnie.
- Powiesz mi o co chodzi?
- O czym mówisz? - odpowiedział pytaniem.
- Byłeś dla mnie miły i w ogóle.. A teraz?
- Elizabeth... Przykro mi, że zrobiłaś sobie jakąś nadzieje - po tych słowach wyszedł z domu.
Zostałam sama w salonie i do tego mega skołowana.
***
     ~Niklaus~
     Tęskniłem za klimatem Nowego Orleanu. Szedłem pewnie ulicą. Kilka dziewczyn obejrzało się za mną. No cóż byłem już do tego przyzwyczajony. Weszłam do baru, gdzie miał być Marcel. Był. Co nie dość zdziwiło był na scenie i śpiewał. Czego to się można dowiedzieć o człowieku po tylu latach.
- Marcel - powiedziałem kiedy zszedł ze sceny i dołączył do swoich... Przyjaciół.
- Niklaus Mikaelson... Mój mentor! - przytulił mnie na powitanie.
- Co cie tu sprowadza?
- Nudy... Znasz mnie. Lubię podróżować.
Zamówiliśmy whisky i usiedliśmy przy barze. Opowiedziałem mu o balu i zaproponowałem mu żeby był gospodarzem i niech wszystko będzie tak jak on chce, a ja się wszystkim zajmę. Oczywiście zgodził się. Jakże by inaczej.
- Mogę kogoś zaprosić?
- Kogo zechcesz
- Jest taka wiedźma. Elizabeth Roget. Słyszałeś o tym rodzie?
- Tak, a co ona ma do tego? - dlaczego ona...
- Lubię ją. Ma mocny charakter, na pewno ją polubisz.. Oba ciebie niekoniecznie... A po za tym jest bardzo potężna i lepiej jest mieć ją po swojej stronie - wyjaśnił.
- Dobrze.
Po jakichś 15 minutach wyszedłem. Czemu on nic mi nie powiedziała, że jest, jak widać, tak blisko z Marcelem...
Byłem trochę wściekły na nią. Moje rozmyślania przerwał telefon. Elijah...
- Tak bracie? - nie ukrywałem swojej złości.
- Niklaus gdzie jesteś?
- Za raz wsiadam do auta.
- Świetnie...
- Coś jeszcze? Nie musisz mnie niańczyć Elijah, jestem dorosły! - uniosłem się.
W zamian nie dostałem żadnej odpowiedzi. Rozłączyłem się i ruszyłem do domu.
      Można powiedzieć, że wpadłem do domu. Widząc, że w salonie jej nie ma wbiegłem na górę. Była u siebie. Czytała książkę. Podszedłem do niej i juz po chwili stała przyciśnięta przy ścianie.
- Jak śmiesz?! Ja.. Daję ci dach nad głową, opiekę. Traktuję jak członka rodziny... A ty? Tak mi się odpłacasz?!! - moja ręką zaciskowa się bardziej na jej szyi.
- Niklaus... - błagała.
- Jak śmiesz?! - wykrzyczałem po raz kolejny.
- Nik!!!! - usłyszałem krzyk Rebekah.
Od razu znalazła się przy mnie i odepchnęła mnie od niej. Może i dobrze...
- Hej.. Nic ci nie jest? - spytała troskliwie moja siostrzyczka.
Elizabeth na pół leżała pod ścianą. Ciężko oddychała. Stałem kolo nich i porostu się im przyglądałem.
- Co do jasnej cholery się z tobą dzieje?! - krzyczała na mnie.
- Ona..
- Poznałam Marcela parę lat temu. Nic nie z nim nie łączy. Zaczepi mnie czasem jak jestem w Dzielnicy... - powiedziała ciągle nie mogąc złapać w pełni tchu.
Po tych słowach wyszedłem. Może przesadziłem...
***
      Rebekah cały czas przy mnie siedziała. Było to bardzo miłe z jej strony. Szczerze wtedy czułam, że tylko jej z pierwotnych mogłam w pełni zaufać. Po jakichś 20 minutach przyszła do nas Heyley. Becka wytłumaczyła jej wszystko. Była w szoku, że Niklaus posunie się do czegoś takiego.
- Nie martw się... Nik już taki jest - zaczęła łagodnie pierwotna.
Nikt nic więcej nie powiedział. Czy to było dobre usprawiedliwienie. Obiecywał, że nic mi się nie stanie, a po chwili sam by mnie zabił.
       Kazał dziewczyną iść do siebie. Czułam się już lepiej. Szyja jeszcze bolała, ale juz nie tak jak przedtem. Nagle usłyszałam dźwięk przechodzącego sms-a.
Od:Marcel -_-
Bal w piątek o 20:00. Dom przy jeziorze ;)
Do:Marcel -_-
Będę
Nich Niklaus zobaczy, że się go nie boję. Poszłam od razu z tym do pierwotnej. Poparła mnie.
- Tylko muszę sobie załatwić sukienkę... - stwierdziłam.
- O nic się nie martw! Mam pełno sukni balowych z różnych epok. Jutro pójdziemy jakieś wybrać i może uwspółcześnić - powiedziała z wielkim uśmiechem.
     Było mi żal Heyley. Mieć dziecko z takim potworem. Starałam się być dla niej miła i przyjazna. Chciałam żeby miała w kimś wsparcie, a po za tym Rebekah bardzo cieszyła się z tego że będzie ciocią wiec od razu ją zaakceptowała.
Miałam mętlik w głowie co do najstarszego. Elijah... To było tylko zauroczenie. Co ja sobie wyobrażałam. Dobrze, że to szybko minęło. Co do Niklausa... Na nikogo nie byłam jeszcze tak wściekła. Wielki król się znalazł! Po całym tym zajściu wyszedł z domu i gdzieś przepadł. Bardzo dobrze. Nie chciałam na niego patrzeć!

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 3

      ~Elizabeth~
      Cmentarz Lafayette... Sabat... Krew... Śmierć! DAVINA!
To był koszmar. Przebudziłam się o 5:00 rano. To nie był zwykły sen, raczej wizja. Musiałam jak najszybciej skontaktować się z którymś z Mikaelsonów. Tylko jak... Nie miałam z nimi żadnej kontaktu. Chyba, że... Wyciągnęłam mała świeczkę z szafki. Nie miałam zapałek, ale to nie był problem. Usiadłam się po turecku. Wyszeptałam kilka słów. Oby Elijah spał.
***
        ~Elijah~
       Szła do mnie. Widziałem ją we mgle. W długiej białej sukni. Wyglądała pięknie.
- Elijah... - słyszałem jej delikatny głos jakby była przy mnie.
- Chodź... - stanęła przy, dobrze mi już znanej, staraj studni i wyciągnęła do mnie rękę.
- Elizabeth - obudziłem się.
W pokoju panowała ciemność. Zapaliłem lampkę nocną i przetarłem oczy.
Co się ze mną dzieje...
Zbliżała się szósta rano. Wyciągnęła świeżą koszulę i garnitur. Klaus i Rebekah jeszcze spali.
      Wyszedłem z domu i "wampirzym krokiem" przeniosłem się do tej starej studni. Liczyłem na to, że była to jakaś wiadomość, bo jeśli nie to coś złego się ze mną dzieje.
Pusto. Wszędzie unosił się jeszcze mgła. Było tu pięknie i tajemniczo.
Usłyszałem szelest. Ktoś zmierzał w moim kierunku. Odwróciłem się pomału.
- Jak dobrze, że jesteś... - wyszeptała jakby bała się, że ktoś nas usłyszy.
- Spokojnie.... Co się stało?
- Już wiem dzięki komu Marcel może kontrolować wiedźmy... -  mówiła coraz ciszej.
  Pobledłai oparła się o drzewo.
- Kto...
W ostatniej chwili znalazłem się koło niej. Zemdlała. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w stronę domu.
***
         ~Elizabeth~
        Obudziłam się w nieznanym miejscu. Czułam się jakby film mi się urwał.
- Twoja śpiąca królewna się obudziła - zawołała blondynka siedząca na fotelu niedaleko łóżka na którym leżałam.
Do pokoju wszedł Elijah, a za nim Niklaus.
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałam.
- Jesteś bezpieczna. Witamy w naszych skromnych progach! - oznajmił Niklaus i usiadł się koło mnie.
Elijah cały czas stał naprzeciwko i nic nie mówił.
- Tak tylko na marginesie... Jestem Rebekah - wtrąciła blondynka.
- Miło mi. Jestem...
- Elizabeth Roget... Wiem. Moi bracia już mi i tobie wspominali - przerwała.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - spytałam.
- Z dwie godziny... Tak na oko. No ale przejdźmy do konkretów. Co miałaś przekazać mojemu bratu? Zaczęłaś, że wiesz dzięki komu Marcel może wszystko kontrolować... - mówił Niklaus.
- Ja...ja nie pamiętam... Coś... Ktoś musiał na grzebać w mojej głowie... Przepraszam - wyszeptałam.
Ból głowy ciągle nie odpuszczał i czułam się jakbym miała znowu zemdleć.
- Dasz radę to pokonać i sobie przypomnieć? - spytał Elijah.
Sucho i obojętnie...
- Spokojnie bracie. Nie widzisz, że musi odzyskać siły? Odpoczywaj. Rebekah posiedzi z tobą, a my Elijah musimy porozmawiać. - oznajmił delikatnie, odsuwajac kosmyk włosów z mojego czoła.
Wyszli, a ja zostałam z pierwotną.
- Nie musisz przy mnie siedzieć spokojnie - oznajmiłam.
- Nik by mnie zasztyletował...
Wysłałam jej pytające spojrzenie, na co ona się tylko uśmiechnęła.
- Przyniosła byś mi świeczkę? - spytałam.
Nie uzyskałam odpowiedzi, ale już po chwili siedziała z świeczką koło mnie.
- Co chcesz zrobić?
- Daj mi ręce. Będziesz widzieć wszystko to co ja, tylko że ja mogę to zapomnieć... - wytłumaczyłam.
- Poczekaj wezmę kartkę i będę zapisywać...
Już po chwili obydwie siedziałyśmy po turecku na łóżku. Zapaliłam świeczkę i swoimi dłońmi nakryłam jej dłoń. W drugiej trzymała długopis z kartką pod spodem.
- Zaczynam... - oznajmiłam.
Starałam się wrócić do porannej wizji. Udało się. Nagle coś złamało zaklęcie. Otworzyłyśmy oczy. W pokoju było chłodno.
Spojrzałam na kartkę, zanotowała wszystko.
- Idę z tym do nich - wzięła kartkę i wyszła.
***
     ~Elijah~
- O czym tak ze mną chciałeś porozmawiać? - spytałem mojego brata.
- O dwóch sprawach bracie. O Marcelu i Elizabeth
- Co do Marcela to trzeba się z nim spotkać, a...
- Haha! A co do Elizabeth... To trzeba ja chronić - odparł z uśmiechem na twarzy.     
- Co proponujesz?
- Musimy mieć ją na oku 24 godziny Naszą konwersacje przerwała Rebekah.
- Proszę to wizja Elizabeth - wręczyła nam kawałek papieru. Miała odpocząć i zebrać siły...
- Zuch dziewczyna! Elijah jedź do wiedźm i porozmawiaj z nimi o tym wszystkim... Wiesz, twój urok osobisty bardziej na nie działa niż mój, a ja zostanę z naszą mała wiedźma - rozkazał Klaus i zaczął kierować się w stronę domu.
- A co ja mam zrobić? - spytała podejrzliwie nasza siostra.
- Ty... Ty masz dzisiaj wolne... - odparł nie odwracając się.
     Skierowałem się do auta i ruszyłem do dzielnicy. To nie było łatwe zadanie nawet jak dla mnie, pierwotnego wampira. Negocjacje z wiedźmami są bardzo ciężkie, a już zwłaszcza z tym z Nowego Orleanu.
***
       ~Elizabeth~
      Siedziałam sama w pokoju i cała swoją uwagę skupiłam na świeczce. Bawiłam się płoniemy to zwiększając to zmniejszając go.
- Jak się czujesz?
- Obchodzi Cię to? - nie byłam zmęczona, ale chciałam chodź chwile odpocząć od tego wszystkiego.
- Staram się być miły - podszedł do mnie i usiadł się tam gdzie poprzednio.
- Co z tego co mówiła mi babcia o tobie jest prawdą? - spytałam nie podnosząc wzroku.
- Jestem pół wampirem pół hybrydą... jestem impulsywny, arogancki i jestem potworem, jak każdy wampir. Zabijam dla swojej własnej przyjemności, a na swoich rękach mam krew tysięcy... Winnych czy nie... Co to teraz za różnica? - odpowiedział z taką lekkością, jakby to i tak nie znaczyło.
- Jak możesz... Czy ty masz sumienie? Moralność? - dopiero wtedy na niego spojrzałam.
Siedział opierając się o koniec łóżka i uśmiechając się delikatnie.
- Od tego jest Elijah moja droga
Przewróciłam oczami i powróciłam do bawienia się płomieniem.
Siedzieliśmy w ciszy. Cały czas czułam jego wzrok na sobie. Starałam się to ignorować.
- Czy ja muszę tu siedzieć? - przerwałam tą ciszę.
- Lepiej by było... Chociaż... Zapraszam na spacer - zaproponował wstając.
Odetchnęłam głośno i leniwie wstałam.
      Na dworze był bardzo przyjemnie. Las wyglądał cudownie, z resztą jak zawsze.
- Wytłumacz mi swoją wizję - poprosił.
- Dla wielkiego Niklausa Mikaelsona, niepokonanej pierwotnej hybrydy może być coś niepojęte???
Za to skarcił mnie wzrokiem, a ja uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Na tym cmentarzu odprawiane są sabaty i inne te rzeczy. Pewnie słyszałeś o Rytuale Żniw. Cztery dziewczyny są mordowane, a ich moc należy do sabatu. Marcel uratował Davinę lecz ta była ostatni w tej krwawym rytuale i przejęła moc poprzedniczek...
- Jesteś od niej potężniejsza prawda? - przerwał
- Nie wiem... Może. Wiem, że jestem bardziej doświadczona i umiem panować nad swoją mocą. Mogę dokończyć? - powiedziałam szybko.
- Proszę...
- Widziałam również... Wilczycę. Samicę alfa. Jest brzemienna i co dziwniejsze wyczuwam jej obecność. Nie wiem kto to i gdzie jest, ale ją czuję. Emanuje siłą... Nie umiem tego opisać. Wiem, że gdybym znalazła się w jej pobliżu mogłabym ją rozpoznać - dokończyłam ze spokojem.
- Oby Elijah dogadał się z wiedźmami....
***
       ~Elijah~
      Trochę zajęło przekonanie mi wiedźmy o imieniu Sophie, ale gdy pokazałem jej ową kartkę poszło znacznie gładziej.
Dotarliśmy do cmentarza Lafayette. Było to jedyne miejsce gdzie wiedźmy czuły się bezpiecznie. - I tak mieliśmy Cię wezwać - powiedział Sophie.
- Jaki to powód? - wchodziliśmy do starego, dużego grobowca.
- Ona... - wskazała na młodą dziewczynę, wyłaniającą się z cienia.
- Elijah. Poznaj Hayley. Wilkołaczycę, która... Nosi dziecko twego brata...
  Dziewczynastała spokojnie, nie odrywając się.
- To nie możliwe... My nie możemy mieć dzieci - odpowiedziałem z zamiarem opuszczenia pomieszczenia.
- Pół wampir... Pół WILKOŁAK. Może to dziwne, ale Klaus ma więcej z człowieka niż możemy to sobie wyobrażać - wyjaśniła.
Stałem w lekkim osłupieniu. To było niemożliwe. Mój brat nigdy w to nie uwierzy.
- Witaj - powiedziałem łagodnie do dziewczyny, a ta się lekko uśmiechnęła.
***
      ~Elizabeth~
     Zbliżaliśmy się do mojego domu.
Zrobiło się trochę chłodniej, ale było bardzo przyjemnie na dworze.
- Lepiej już idź... Jeszcze Cię moją babcia wyczuje - powiedziałam zatrzymując się.
- Mogę Cię odprowadzić pod same drzwi - zażartował.
Wydawał się być miły. Był inny niż sobie wyobrażałam, bym inny niż opisywała go babcia.
- Opowiesz mi kiedyś o tamtych czasach?
- Nawet ci pokaże... Jeśli będziesz nam skutecznie pomagać moja mała wiedźmo
- Davina posiada ogromną moc nad którą nie do końca potrafi jeszcze panować. Znałam ją... Błagam nie skrzywdźcie jej - poprosiłam delikatnie.
- Już nie musisz się o nic martwić.. Zawsze możesz na mnie... Nas liczyć - kończąc wypowiedź zbliżył się pomału i ucałował mnie w policzek i... Zniknął.
Stałam tam jeszcze chwilę próbując uświadomić sobie co się właśnie stało. Pomału ruszyłam do domu. On nie jest potworem, nie dla mnie.
     Babcia siedziała w salonie, a wraz z nią mama i Lily. W całym domu panowała głucha cisza. Stanęłam przed nimi. Ich miny były takie... Obojętne.
- Elizabeth... - wyszeptała Lily ze smutkiem.
- Elizabeth Roget. Przykro mi to mówić, ale nie należysz już do naszego sabatu. Proszę Cię... Opuść ten dom - to co powiedziała babcia sprawiło, że prawie straciłam grunt pod nogami.
- Jak to?! ... Za co???! - prawie krzyczałam ze łzami w oczach.
- Za co... Za pakt z diabłem! - odpowiedziała oburzona babcia.
- Ale... On nie jest taki... Błagam! - czułam jak cała moc we mnie wariuje.
- Idź się spokój - powiedziała krótko i poszła do siebie.
Spojrzałam na mamę i siostrę. Nic nie mówiły.
- Nic nie powiecie? - spytałam arogancko.
- Jest przywódczynią naszego sabatu... Nic nie możemy zrobić - odpowiedziała mama.
      Poszłam do siebie. Spakowałam ubrania i niektóre rzeczy oraz moje księgi. Kiedy wychodziłam przechodziłam koło pokoju babci. Drzwi były otwarte. Stała przodem do okna, a do mnie tyłem.
- Przepraszam... Ja... Wyzwolę Dzielnice i Nowy Orlean. Robię to dla tych wiedźm i dla ciebie... -  powiedziałam do niej i wyszłam.
Wsiadłam do auta i ruszyłam.
***
      ~Niklaus~
      Stałem na balkonie w swoim pokoju. Gwiazdy cudownie świeciły w towarzystwie księżyca. Popijałem wino z 1857. Postanowiłem spotkać się następnego dnia z Marcelem. Elijah ciągle nie wracał, a wpadłem na wspaniały pomysł aby wyprawić przyjęcie, na które zostanie zaproszony Marcel. Niech uważa, że ma w nas sprzymierzeńców.
Elizabeth... Za jej zdrowie! Pomyślałem i wziąłem kolejny łyk.
Usłyszałem pukanie. Zaszedłem na dół i moim oczom ukazała się Elizabeth.
- Co cię do nas sprowadza moja droga?
- Babcie wie... Wyrzuciła mnie z domu i z sabatu.. - miała łzy w oczach.
Od razu zaprosiłem ją do domu. Właściwie dobrze, że nie byli mojego rodzeństwa. Przeszliśmy do salonu.
- Jak się czujesz?
- Dziwnie. Teraz moja magia nie jest tak ustatkowana... Nie martw się... Musze znaleźć jakiś przedmiot zaczepienia. Stary amulet czy coś... Moja moc nie będzie taka chaotyczna... - tłumaczyła.
Usiadłem się koło niej.
- Zostaniesz z nami jak długo będziesz chciała. O nic się już nie martw - ucałowałem ją w skroń.
- Dziękuję.... Gdzie reszta tak w ogóle? - spytał rozglądając się po pomieszczeniu.
- Nie wiem... Zrobię wszystko żebyś była bezpieczna
- Babcia myliła się do ciebie w stu procentach - powiedziawszy do przytuliła mnie.
Ja również ją objąłem. Było to... Mile uczucie... Tak obce mi.
- Zaprowadzę cie do niego pokoju - wziąłem ją za rękę i zaprowadziłem na górę.
- Jest śliczny... Pójdę tylko po torbę
- Siedź! Daj tylko kluczyki... - oznajmiłem.
Szybko przeniosłem jej bagaż i nakazałem wziąć prysznic.
Poszedłem do siebie i zacząłem szperać w szufladzie.
      Kiedy wróciła do pokoju czekałem już na nią.
- Proszę
- Co to Niklaus?
- Jest to, dość już stary, medalion. Kupiłem go kiedyś w Paryżu albo Wenecji... Jest na rzemyku, niestety ta część wisiorka nie przetrwała. Mam nadzieję, że to wystarczy... - wręczyłem jej to.
- Jest idealny - odebrała ode mnie prezent i usiadła się po turecku na łóżku.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Pytaj o co tylko zechcesz
Wskazała żeby usiadł się na przeciwko niej.
- Po prostu daj mi ręce... Będzie mi łatwiej wykonać zaklęcie. Możesz poczuć lekkie ukłucie - wytłumaczyła.
Posłusznie podałem jej ręce. Medalion leżał pomiędzy nami. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcie. Po chwili było już po wszystkim. 
- Już? 
- Mhm... - wyszeptała. 
- Idź spać... Jesteś bardzo zmęczona - powiedziałem. Położyłem medalion na jej szafkę nocną, a  ona wskoczyła pod kołdrę. 
- Dobranoc Niklaus... 
- Dobranoc Elizabeth - ucałowałem jej czoło. 
Wychodząc z pokoju spojrzałem jeszcze raz na nią. Wyglądała uroczo.... Była taka czysta i niewinna...